Etykietujmy słoiki, a nie ludzi

Napisała Anna Lipska

 

UWAGA. Jeśli obecnie zażywasz antydepresanty, nie rezygnuj z nich raz dwa na własną rękę. Jeśli byłeś lub byłaś na nich przez długi czas, to bardzo prawdopodobne, że rozwinęło się u ciebie psychiczne i fizyczne uzależnienie. Zamiast tego przedyskutuj możliwe opcje z twoim psychiatrą. Czytając dalej jednocześnie akceptujesz, że przeczytałeś lub przeczytałaś to ostrzeżenie.

,,Nigdy nie usłyszałem od osoby w kryzysie- przydałaby mi się dobra diagnoza. Dobra diagnoza to to czego mi teraz potrzeba. Nigdy tego nie usłyszałem” Daniel Machler (psychoterapeuta, aktywista społeczny)

Dużo dyskusji toczy się wokół nowych metod leczenia zaburzeń psychicznych i efektywniejszych metod diagnostycznych. Warto jednak zadać sobie pytanie czy diagnoza w dziedzinie zdrowia psychicznego to najważniejszy element udzielania pomocy i czy stawianie diagnozy psychiatrycznej jest w ogóle pomocne. Jeżeli stawia się ją podczas pierwszego spotkania z psychiatrą, powinno to skutkować polepszeniem stanu pacjenta, podwyższać jego dobrostan i wpływać na pozytywne rokowania leczenia. Ruchy w środowisku psychoterapeutycznym w kierunku zmiany paradygmatu biomedycznego na bardziej humanistyczny oraz głosy byłych pacjentów psychiatrycznych wskazują na to, że zarówno diagnoza jak i leczenie farmakologiczne nie są wystarczającą formą pomocy, a często przyczyniają się do pogorszenia stanu pacjenta.

Podwójna rola

Będąc studentką psychologii klinicznej i jednocześnie w tamtym czasie pacjentką z rozpoznaniem choroby dwubiegunowej, znajdowałam się w bardzo trudnej sytuacji. Wiedza na temat zaburzeń psychicznych, którą musiałam przyswajać i recytować na egzaminach, stała w sprzeczności z moim żywym doświadczeniem. Nacisk na wymiar biologii w rozwoju psychopatologii przy braku społecznych koncepcji tłumaczących, jaką rolę odgrywają otoczenie i warunki życia, budził we mnie poczucie ogromnego nieporozumienia. Od mojego pierwszego kryzysu miałam pewność, że warunki w których dorastałam niesamowicie utrudniały wyrośnięcie na stabilną, pewną siebie osobę spoglądającą w przyszłość z nadzieją i optymizmem. Mój stan i ciągłe zmaganie się z życiem dość adekwatnie odzwierciedlały sytuację życiową mojej rodziny, której byłam nierozerwalną częścią. Z prostych ludowych mądrości wiadomo, że życie nie rozdaje po równo, nieszczęścia chodzą parami a im więcej społecznego wsparcia tym większe szanse na zdrowie psychiczne i szczęśliwe życie. Mimo tego dostając diagnozę ciężkiej, rzekomo nieuleczalnej choroby psychicznej, nie dostałam żadnego kontekstualnego wytłumaczenia mojego stanu. Nie zostałam spytana o sytuację materialną, przebyte traumy, ani aktualne stresory.

Diagnoza sprowadzona była do zapisania ilości przebytych epizodów depresji, manii i psychozy. Interesujące dla psychiatry było jak długo one trwały i jaki miały charakter, żeby określić, jak się domyśliłam, czy to choroba dwubiegunowa czy schizofrenia (na tamtym etapie studiów miałam wystarczająco wiedzy, żeby domyślić się intencji zadawania tych tendencyjnych pytań).  Pod koniec wywiadu diagnostycznego trwającego godzinę otrzymałam diagnozę tego, co mi dolega. Lata bolesnych doświadczeń zostały wytłumaczone zaburzeniami neurotransmiterów w mózgu, które najprawdopodobniej odziedziczyłam po jednym z rodziców. Na tamtym etapie nie miałam dostępu do mniej mainstreamowych i bardziej adekwatnych informacji z dziedziny nauki, na przykład takich, że teoria neurotransmiterów to przeżytek i nic więcej niż nieadekwatny dogmat wypełniający czarne plamy psychiatrii, że obalono tę teorię wiele lat temu, a mimo tego w tym samym roku wypuszczono na rynek Prozac (popularny neuroleptyk). [1,2]  Nie wiedziałam, że nie ma czegoś takiego jak mózg dwubiegunowy, albo schizofreniczny, istnieją jedynie niespecyficzne mikro zmiany w różnych obszarach mózgu, w większości wywołane latami spożywania leków przeciwpsychotycznych. [3] Nie wiedziałam, że ,,leki psychotropowe” nie są lekami tylko substancjami psychoaktywnymi – pobudzającymi albo uspokajającymi [4]  – dlatego, że nie ma co leczyć w mózgu, a jeśli nawet by było, to te substancje w żaden sposób nie mają potencjału ich korygować, tylko zarządzają samopoczuciem tak długo, jak osoba je przyjmuje. [5,6] Nie zadałam też sobie wtedy pytania, dlaczego lekarz uznał moje cierpienie za wywołane zaburzeniami biologicznymi, jeśli nie wykonał żadnego testu takiego jak EEG, tylko przyjął moją wersję wydarzeń na tak zwaną ,,gębę” i uznał to za wystarczający powód żeby zdiagnozować mnie jako pacjentkę psychiatryczną. Psychiatra nie zapytał się mnie o to, co studiuję, co w oczywisty sposób wpłynęło na mój sposób opisywania tego co mi dolega. Eksperyment Rosenhana pokazuje, jak łatwo uzyskać jest diagnozę psychiatryczną, nawet tak ciężką jak schizofrenia, jeśli dysponuje się podstawową wiedzą z dziedziny psychopatologii. [7]

Niesłyszany głos

Moje życiowe doświadczenie, tak jak rosnące przekonanie, że leczenie psychiatryczne nie pomaga mi zdrowieć, tylko nasila poczucie beznadziei i braku kontroli nad moim życiem, sprawiało, że wyjątkowo ciężko było mi siedzieć cicho na zajęciach z psychopatologii. Czasem nie wytrzymywałam i pozwalałam sobie zasugerować, że nie ma żadnych dowodów na trafność biomedycznego modelu tego, co rozumiemy jako choroby psychiczne. Jedni wykładowcy ignorowali te wyskoki, a ci bardziej wyrozumiali przyznawali mi rację, zaznaczając przy tym że nie jest to coś czym klinicyści muszą się przejmować, ponieważ leki działają – nawet jeśli nie wiemy dlaczego. I z całą pewnością jest tak dla pewnej grupy osób. Nie było tak jednak dla mnie. I jak odkryłam później dla ogromnej grupy pacjentów leki są zupełnie niepomocne i bardzo często skrajnie szkodliwe. [2,8,9,10] I te głosy z jakiegoś powodu nie są reprezentowane ani słyszane w debatach na temat skuteczności farmakologii.

Zazwyczaj zgłaszane efekty uboczne przypisuje się oporowi pacjenta lub postępowi jego choroby. Kiedy powiedziałam mojej psychiatrze, że po lekach antydepresyjnych doświadczałam nasilenia myśli samobójczych, dostałam receptę na większą dawkę tego samego leku oraz wytłumaczenie, że moja depresja postępuje. Teraz z perspektywy czasu, mając klarowność co do tego, że moją depresję nasilały źle dobrane leki, nie wysłuchanie mnie jako pacjentki uważam za naruszenie praw człowieka oraz zwyczajny przytyk dla mojej inteligencji, która mimo skrajnych nastrojów miała się nadal bardzo dobrze i nic nie wskazywało na to, że jestem niepoczytalna i nie potrafię rozeznać co mi pomaga a co szkodzi. Ulotka leku wymieniająca myśli depresyjne jako jeden z głównych efektów ubocznych również wskazywała na to, że warto wziąć tę możliwość pod uwagę. Czytanie w każdym podręczniku psychopatologii, że jedyną zalecaną metodą leczenia tak zwanych ,,poważnych chorób psychicznych” jest farmakologia budziły moje zdumienie. Leki brałam od początku postawionej mi diagnozy i nigdy podczas ich brania nie doświadczyłam poprawy. Mimo przekonania mojej psychiatry, że psychoterapia w niczym mi nie pomoże, bo moje zaburzenie ma silny komponent biologiczny (wniosek wyniesiony z paradygmatu biomedycznego, nie testu EEG), po dwóch latach psychoterapii przestałam brać leki i nie biorę ich do dzisiaj. Nie dlatego, że moja ,,choroba” ustąpiła, tylko dlatego, że wykonałam ogromną pracę nad poznaniem siebie, nadaniem sensu moim doświadczeniom i zbudowaniem zasobów do radzenia sobie z przyszłymi stresorami i trudnymi sytuacjami.

Diagnoza a utrata zaufania do siebie

Tak długo, jak byłam pacjentką, bałam się wchodzić w głąb siebie. Moje emocje mnie przerażały, a ,,leczenie” psychiatryczne umacniało mnie, że podążanie za moimi uczuciami jest skrajnie niebezpieczne. Kiedy tylko zaczynałam czuć silniej radość, smutek czy złość, lekarz zwiększał dawkę ,,leku”. W ten sposób moje uczucia i przeszłe traumy były doskonale spacyfikowane i uśpione. Nic nie miało szans przebić się do mojej świadomości. W ten sposób z lekko nadpobudliwej dwudziestolatki stałam się chroniczną pacjentką. Moje życie wypełniła pustka, nic mnie już nie interesowało oprócz śledzenia swojego nastroju i zastanawiania się czy moje szczęście to już mania, czy tylko hipomania. Żadnego z moich uczuć nie brałam na poważnie. Wszystkie przypisywałam chorobie.  Moje życie wewnętrzne było dla mnie całkowicie niezrozumiałe i uważałam, że tak musi zostać. Uważałam, że mój smutek nie ma nic wspólnego z ,,normalnym” smutkiem, a moja radość nic wspólnego z ,,normalną” radością. Wszystkie moje uczucia były nieadekwatne i nieproporcjonalne. Byłam dla siebie kosmitką, z każdym miesiącem jako pacjentka coraz większą.

Moje badanie

Na piątym roku studiów byłam już w zupełnie innym miejscu. Od dobrych trzech lat nie brałam leków, czułam się silna i stabilna. Miałam za sobą parę wykładów, w których mówiłam o potrzebie zmiany paradygmatu zdrowia psychicznego i o tym, w jaki sposób ten aktualny dotyka pacjentów, brałam udział w wielu projektach i międzynarodowych konferencjach, napisałam książkę, założyłam grupę samopomocową terapii ACT przeciwko stygmatyzacji cierpienia psychicznego. W żaden sposób nie utożsamiałam się już z etykietą pacjentki psychiatrycznej. Przyszedł czas na napisanie pracy magisterskiej. Przez rok byłam na seminarium magisterskim na temat stylu przywiązania u dzieci. Miałam już zrobione badanie, kiedy poczułam, że to w ogóle nie to co chcę robić. Nagle wydało mi się dziwne, że temat mojej pracy dyplomowej tak bardzo odbiega od tego co najbardziej mnie pasjonuje i dotyka osobiście – tematu stygmatyzacji cierpienia psychicznego. Po roku pracy zmieniłam kierunek o 180 stopni i zaczęłam od początku. Postanowiłam sprawdzić, czy to w jaki sposób diagnoza wpłynęła na moje życie, pokrywa się z doświadczeniem innych osób. Czy inne osoby również doświadczają stygmatyzowania siebie, utraty chęci i sensu życia oraz spadku zainteresowania światem.

Postanowiłam stworzyć kwestionariusz, który sprawdzałby, w jaki sposób różne postawy do własnej diagnozy wpływają na cztery wymiary dobrostanu psychicznego i poprosić osoby, które dostały jakąś diagnozę psychiatryczną o wypełnienie go w celu sprawdzenia tej zależności. Do tego celu wybrałam jako grupę badanych osoby z forum internetowego ,,Shades of awakening”, które zrzesza osoby po własnym doświadczeniu kryzysu, głównie psychotycznego. Stworzyłam własną skalę poziomu przekonań mainstreamowych na temat własnej diagnozy, którą nazwałam ,,dogmatycznością”. Nie chodzi tu o ogólną dogmatyczność jako cechę danej osoby, tylko o to, czy to jak rozumie własne cierpienie jest spójne z modelem psychiatrycznym czy nie. Im większa ilość przekonań spójnych z tradycyjnym rozumieniem chorób psychicznych, tym większy poziom dogmatyczności na skali.

Oprócz tego załączyłam pytania z czterech istniejących kwestionariuszy badających cztery wymiary dobrostanu psychicznego:

  1. Autostygmatyzacja. Jest to wymiar określający, czy osoba akceptuje siebie i własne doświadczenia, czy uważa się za w jakiś sposób gorszą od innych.
  2. Poczucie sensu życia. Wymiar określający, czy osoba postrzega własne życie jako znaczące, mające sens.
  3. Samowspółczucie. Zdolność do odczuwania współczucia względem siebie, bycie dla siebie życzliwym.
  4. Elastyczność psychiczna. To czy osoba jest otwarta na doświadczenia czy stara się jak najbardziej unikać tych trudniejszych za cenę poważnych kompromisów życiowych.

Moje doświadczenie jak i obserwacje, które zebrałam z rozmów ze znajomymi z diagnozą, kazały mi przypuszczać, że wysokie przywiązanie do psychiatrycznej wizji zdrowia psychicznego będzie wpływało na wyższą stygmatyzację siebie, niższe poczucie sensu życia, niższe możliwości współczucia samemu lub samej sobie oraz niższą otwartość na doświadczenia i wyższe ich unikanie.

W moim kwestionariuszu dogmatyczności prosiłam o ustosunkowanie się do tego w jakim stopniu dane zdania są adekwatne dla osoby badanej:

  1. Moje cierpienie spowodowane jest nieuleczalną chorobą
  2. Moje cierpienie jest głównie spowodowane biologicznymi nieprawidłowościami
  3. Nie jest możliwe wyzdrowienie z mojej choroby
  4. Jedyne, co pomaga mi poczuć się lepiej, to leki
  5. Osoby, które są zdiagnozowane na poważne zaburzenia psychiczne, które nie biorą leków, narażają się na duże niebezpieczeństwo
  6. Cierpienie spowodowane moją chorobą psychiczną jakościowo różni się od cierpienia, którego doświadczają zdrowi ludzie
  7. Moja choroba spowodowana jest zaburzeniami w mózgu
  8. Jeśli przestałbym/przestałabym brać leki, nie byłbym/abym w stanie funkcjonować
  9. Już nigdy nie będę osobą, którą byłem/łam przed kryzysem. Muszę zapomnieć o dawnym Ja
  10. Nie powinienem/-nnam oczekiwać zbyt wiele od życia z powodu mojej choroby
  11. Odziedziczyłem/-łam moją chorobę do rodziców (przekazali mi ,,złe geny”)
  12. Nie powinienem/-nnam słuchać moich uczuć, bo są wynikiem mojej choroby

Pytania te ułożyłam sama w oparciu o to, jakie myśli towarzyszyły mi przez rok po otrzymaniu diagnozy, to w jaki sposób znajome mi osoby z diagnozą mówią o postrzeganiu siebie oraz w oparciu o kluczowe założenia paradygmatu biomedycznego. Te pytania, wraz z 58 innymi pytaniami z czterech kwestionariuszy dobrostanu psychicznego, utworzyły moją ankietę, którą następnie wypełniło 100 osób należących głównie do forum ,,Shades of awakening” oraz ,,The Icarus Project”.

Wyniki

Mimo tego, że miałam pewne oczekiwania co do wyników badania, nie miałam żadnej pewności, że moje założenia okażą się adekwatne. Najczęściej w badaniach wychodzi coś odwrotnego niż badany by sobie życzył i tym razem nie liczyłam na to że otrzymam przełomowe wyniki. Okazało się jednak, że korelacje, które badałam, wyszły w większości silne lub co najmniej umiarkowane. Oznacza to, że można na ich podstawie wyciągać pewne wnioski. Co prawda nie przyczynowo-skutkowe jak w badaniu eksperymentalnym, ale można uznać związek dwóch zmiennych za nieprzypadkowy. W przypadku mojego badania można uznać, że istnieje związek pomiędzy

Wnioski

Wygląda na to, że diagnoza psychiatryczna to nie to, co najbardziej podnosi na duchu osobę w kryzysie i pomaga jej wzrastać. Zaskakujące jest to, że mimo powszechnej wiedzy, że wzbudzanie nadziei to jeden z kluczowych czynników leczących w psychoterapii, diagnoza przekazywana jest pacjentom w taki sposób, że doprowadza u nich do wzrostu autostygmatyzacji, obniżenia samowspółczucia, utraty poczucia sensu życia oraz nasilenia unikania doświadczeń. Ktoś mógłby powiedzieć, że w żaden sposób nie oznacza to, że diagnoza jest nieprzydatna. Bo np. diagnoza nowotworu też prowadzi do obniżenia samopoczucia u pacjenta, ale zdiagnozowanie problemu jest kluczowym elementem rozpoczęcia leczenia i doprowadzenia do poprawy. I ktoś taki miałby rację. Problem polega na tym, że tworzenie kalki języka medycznego do opisu doświadczeń psychicznych jest nieadekwatne, a diagnoza nie ma szczególnego znaczenia dlatego, że nie istnieją żadne specyficzne leki dla danego zaburzenia. Dobiera się je w zależności od fazy w której jest pacjent, a one bardzo często są wspólne dla więcej niż jednego ,,zaburzenia”. Po drugie nie leczy się w żaden sposób przyczyn stanu danej osoby wpływając na skład chemiczny mózgu, tylko wycisza się tak zwane ,,objawy”, które dopuszczone do głosu dają dopiero osobie szanse na dotarcie do głębszych warstw problemu i przerwanie błędnego koła ciągłych ,,nawrotów”. [11,12]

Jesteś niebem. Nie zmienną pogodą

Lata po otrzymaniu mojej diagnozy przekonałam się, że istnieje wiele znacznie skuteczniejszych niż leki metod stabilizowania nastroju, które nie powodują koszmarnych efektów ubocznych. Oprócz tego lata walki z moją ,,chorobą” pomogły mi dość do przekonania, że to niezapanowanie nad skrajnymi nastrojami powinno znajdywać się w centrum leczenia, ale uzdrawianie człowieka jako całości organizmu, wraz z jego traumatycznymi doświadczeniami i szkodliwymi przekonaniami oraz mechanizmami uciekania od nich, ponieważ to one tworzą zamknięte koło manii, depresji i psychozy. Z perspektywy osoby, która dostała diagnozę nieuleczalnej choroby psychicznej, co nie okazało się zgodne z rzeczywistością, jako kluczowy problem uniemożliwiający wyjście z chronicznego cierpienia uważam skrajnie destrukcyjne przekonanie, że jest ono czymś co jest na całe życie, lub czymś z czym należy walczyć. Te dwa bieguny sprawiają, że cierpienie staje się przewlekłym stanem i umacnia osobę w przekonaniu, że jest nieuleczalnie chora. 

Przekonanie, że zawsze będzie się tak samo cierpieć, to tak jakby uznać, że jak od tygodnia jest ulewa to już zawsze będzie padać deszcz i nigdy nie zobaczy się słońca. Walka ze zmianami nastroju jest tak jałowa jak zaklinanie pogody. Co ciekawe kiedy pada deszcz bierzemy z sobą parasol, jak świeci słońce zakładamy lekkie ubranie, a kiedy doświadczamy depresji robimy wszystko, żeby sobie poszła tak jakbyśmy byli w mocy raptownie zmienić swój nastrój czy tak jakby pojawił się on bez żadnego powodu. Z mojej perspektywy tylko nazwanie tego, że pada deszcz, otworzenie parasola i czekanie aż zmieni się pogoda jest podejściem, które przełamuje błędne koło rozpaczy. Diagnoza nasila rozpacz, ponieważ uznaje, że coś jest nie tak z tym, że pada deszcz lub mocno świeci słońce i trzeba sprawić żeby padało mniej lub mniej świeciło słońce. Zamiast nauczyć osobę zabierać z sobą parasol i smarować się kremem z filtrem uczymy człowieka walczyć z wiatrakami. Pytając go bez końca o zmiany nastroju, zamiast kierować go na inne obszary życia, które wymagają wzmocnienia, sprawiamy, że jedyne co widzi to ten cholerny deszcz. Deszczu widzi się coraz więcej, zawęża się przestrzeń życia i perspektywa tego, że można coś w życiu nadal robić jak pada, bo jak się uczyni deszcz sensem życia, to robi się w nim pusto.

Ciągle piszę o tym deszczu, ale to jest wielki temat. Pamiętam, w jaki sposób postrzegałam siebie i świat kiedy byłam pacjentką. Mnie już nie było, była choroba. Doszło do zastąpienia prawdziwej tożsamości pseudo-tożsamością, do skrajnej autostygmatyzacji. To moja choroba wyznaczała co mogę zrobić, co mogę czuć i jaka ma prawo być moja przyszłość. To samo obserwowałam u moich znajomych przechodzących przez to. Pamiętam jak w tamtym roku założyłam grupę samopomocy ACT i zaprosiłam do niej moją dobrą znajomą. Pierwsze co napisała mi w odpowiedzi to: ,,A jak mam dwubiegunówkę, to mogę się dołączyć?”. Bardzo mnie to wtedy rozbawiło i odpisałam: ,,Też mam, a jakoś to prowadzę”, ale chwile po tym poczułam straszną złość na to w jak poważnym stopniu diagnoza psychiatryczna odbiera osobom zaetykietowanym poczucie sprawczości, wartości, wpływu na własne życie i na dawanie sobie prawa do bycia wśród innych.

Drugą podobną sytuację miałam z inną przyjaciółką, która dostała diagnozę CHADu (choroby dwubiegunowej). Nazwę ją Bożeną. Bożena zadzwoniła do mnie bo doświadczała gwałtownego obniżenia nastroju. Powiedziała mi, że idzie kolejny epizod depresji i chyba powinna pójść do psychiatry po więcej leków. Ciekawiło mnie, co stało się ostatnio w jej życiu co mogło wpłynąć na tak drastyczne obniżenie jej samopoczucia. Spytałam ją o to. Bożena powiedziała mi, że nie ma żadnego konkretnego powodu, który mógłby to wyjaśniać i że jest to kolejna faza jej choroby. W trakcie naszej rozmowy jeszcze parę razy zadałam jej to pytanie i w końcu okazało się, że niedawno dowiedziała się, że chłopak, którego kochała od dwóch lat, nie odwzajemnia jej uczuć. Była przy tym głęboko zaskoczona, że może mieć to jakikolwiek związek z jej obecnym nastrojem. Niesamowicie przypomniała mi ta sytuacja to, w jaki sposób postrzegałam swoje ,,epizody’,’ kiedy byłam pacjentką. Moje nastroje i uczucia nie były dla mnie adekwatnymi reakcjami na wydarzenia w świecie zewnętrznym, tylko bezsensowną, oczekiwaną zmianą faz. Oczywiście nie zawsze można określić tak jasną przyczynę pogorszenia samopoczucia i nie zawsze trzeba to drążyć, natomiast z doświadczenia wiem, że zawsze jakaś przyczyna jest. Choćby najdrobniejsza. I wgłębianie się w to czym ona jest, jest znacznie bardziej pomocnym podejściem, niż uznanie, że mózg zgotował nam kolejny kryzys.

Alternatywa

Przez ostatnie lata zbierałam artykuły potwierdzające moje doświadczenie, że tradycyjne leczenie psychiatryczne zawodzi pacjentów i ich rodziny, że potrzeba więcej.  Potrzeba nowego systemu pomocy, ale i nowego paradygmatu cierpienia psychicznego, ponieważ pociąga on za sobą konkretne konsekwencje. Jeśli zakładamy, że źródło cierpienia ulokowane jest gdzieś w mózgu osoby poprzez geny, będziemy skłonni przypisywać stan obecny osoby zaburzeniom wewnątrz jej organizmu i tam będziemy próbować je ,,wyprostować”. Ten pogląd zakłada, że odmienne stany świadomości są patologiczne, a więc przyjmuje perspektywę normatywną i wartościującą. Jeśli założymy, że stan osoby jest jej reakcją na okoliczności w jakich się znajduje i próbą poradzenia sobie z nimi, przyczyn będziemy szukać również w otoczeniu tej osoby, jej warunkach życiowych i czynnikach poza jej kontrolą. Będziemy starali się pomóc osobie w zrozumieniu jej doświadczeń i wzmocnić ją, wyposażając w narzędzia służące do efektywniejszego radzenia sobie z nimi.

Do niemedycznego  rozumienia cierpienia psychicznego szalenie przyczyniła się psychologia kontekstualna i wywodząca się z niej terapia akceptacji i zaangażowania ACT. Na zachodzie tworzą się liczne projekty na rzecz porzucenia stygmatyzacji cierpienia psychicznego oraz zmiany paradygmatu zdrowia psychicznego na bardziej humanistyczny. Przykładami są ,,The Icarus Project”, projekt filmowy ,,Crazywisepokazujący historie osób, które przeszły przez system psychiatryczny i mówią o tym w jaki sposób to doświadczenie na nie wpłynęło, stosunkowo nowa metoda ,,Otwarty Dialog”  promująca niehierarchiczny sposób pomagania osobom w kryzysie psychotycznym i ich rodzinom oraz społeczność ,,The spiritual crisis network, wnosząca świadomość, że to co jest postrzegane w medycynie zachodu jako kryzys i załamanie, może być głęboko duchowym, wzrostowym i transformatywnym doświadczeniem, zgodnie z tym, jak postrzegają je inne niż zachodnia kultury.

Historie wielu osób wskazują na to, że to co wygląda jak kryzys często jest w rzeczywistości przełomem, prowadzi do wzrostu i niesie szansę na bardziej satysfakcjonujące życie niż to przed kryzysem. Inicjatywy promujące to podejście na szczęście rosną i nowy paradygmat zdrowia psychicznego jest już bardzo obecny w świadomości oraz w środowisku psychologicznym. Potrzeba silnych głosów od wewnątrz, głosów osób, które wiedzą, jak to jest być po drugiej stronie, żeby doszło do prawdziwej zmiany i to co jest teraz alternatywą stało się mainstreamem. Miejmy nadzieję, że ta zmiana jest już bardzo blisko…

Anna Lipska. Z wykształcenia psycholog kliniczny, aktywistka społeczna na rzecz destygmatyzacji cierpienia psychicznego, autorka nieopublikowanej jeszcze książki ,,Wielka księga kosmitów”, była pacjentka.

 

[1] Robert Whitaker, Psychiatry exposed vol.17, „The myth of chemical imbalance” https://www.youtube.com/watch?v=6Olfl7KYV84

[2] Rational pronciples of Psychopharmachology for Therapists, Healthcare Providers and Client” Peter R.Breggin http://breggin.com/Breggin2016_RationalPrinciples.pdf

[3] http://www.bloomberg.com/news/articles/2011-02-07/drugs-for-schizophrenia-may-exacerbate-loss-of-brain-tissue Bloomberg, 2/7/11, Archives of general psychiatry

[4] https://www.youtube.com/watch?v=FjTisLX4q1Y Joanna Moncrieff Open Paradigm Project

[5] Robert Whitaker, Psychiatry exposed vol.17, ”The myth of chemical imbalance” https://www.youtube.com/watch?v=6Olfl7KYV84

[6] „Demystifying psychiatric drugs” Dr. Joanna Moncrieff , talk for Stuart Low trust, London, September 2013 https://www.youtube.com/watch?v=XfiubXSzzz8

[7] D.L. Rosenhahn, O ludziach normalnych w nienormalnym otoczeniu, (w:) Przełom w psychologii, (red.), K. Jankowski, Czytelnik, Warszawa 1978

[8] Monica Cassani, „Monica’s story: The aftermath of Polypsychopharmacology” http://rxisk.org/monicas-story-the-aftermath-of-polypsychopharmacology/

[9] „Everything matters: A memoir from before, during and after psychiatric drugs” Monica Cassani http://www.madinamerica.com/2013/05/before-during-after-psychdrugs/

[10] Psychiatric drugs as agents of trauma, Charles L.Whitfield, MD; The international Journal of risk & safety in Medicine 22 (2010) 195- 207

[11] Laura Delano – crazywise stories of lived experience https://www.youtube.com/watch?v=UZhNJeTzwkE

[12] Psychiatric drugs as agents of trauma, Charles L.Whitfield, MD; The international Journal of risk & safety in Medicine 22 (2010) 195- 207

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


3 odpowiedzi na “Etykietujmy słoiki, a nie ludzi”

  1. Ewa Smolak napisał(a):

    Mój syn ma diagnozę schizofrenii.Zawsze wiedziałam,po prostu wiedziałam,że leki mu nie pomogą odnaleźć siebie,a etykieta chorego psychicznie wbija go w ziemię..

    • Bartosz Kleszcz napisał(a):

      Osoby z jakąkolwiek diagnozą są kimś wiele więcej niż samą etykietą. Będąc wrzuconym w świat diagnoz psychiatrycznych łatwo natomiast stać się kolejnym przypadkiem. Osobiście bym zalecał ostrożność zarówno z lekami, które mają wiele skutków ubocznych, jak i brakiem ich. Kluczowa w takiej sytuacji jest dobra psychoterapia oraz współpraca terapeuty i psychiatry. Dobra terapia to taka, która wyjdzie poza samą redukcję objawów i, jak Pani pisze, pozwoli odnaleźć siebie oraz radzić sobie z objawami w konstruktywny sposób.

  2. Damian napisał(a):

    Pomyślałem, że opiszę swój przykład bycia etykietkowanym i nie tylko.

    Będąc określani jako osoby „chore” na przykład na depresję tracimy zaufanie do siebie i nie wiemy co mamy prawo czuć. Dotknęła nas jakaś wielka „choroba” i trzeba się jej z siebie pozbyć. Tworząc w sobie jeszcze większy konflikt. Z pewnych powodów zrezygnowałem z psychoterapii grupowej, która była moim ostatnim kontaktem z mainstreamowym poradnictwem psychologicznym: gdy powiedziałem o tym mamie, to zapytała: „Czyli już zdrowy jesteś?” (złośliwie…)

    Moja przygoda z psychiatrią i psychoterapią to właściwie zachaczenie o nią. Gdy dwa lata temu zacząłem chodzić do lekarza w związku z pewnymi uciążliwymi objawami w ciele, to lekarz wysłał mnie na trochę badań; ale sugerował, że być może mam depresję i albo sobie sam z tym poradzę, albo będę musiał chodzić na terapię.

    Kilka miesięcy później miałem kolejne nasilenie objawów prawdopodobnie psychosomatycznych. Wystraszony poszedłem do lekarza, skierowała mnie ona na różne badania i skierowała mnie też do psychologa. Przez przypadek, z niewiedzy udałem się na spotkanie do psychiatry psychoanalityka, które miało być rozmową wstępną przed dołączeniem do oddziału nerwic. Po pierwszym spotkaniu stwierdził, że się „nadaję”, że wszystkie objawy są psychosomatyczne i tylko muszę podjąć decyzję. Jako, że nie wiem z czego on chciał mnie „leczyć”, na czym to polega i w ogóle nie pasowało mi chodzenie 6 godzin od poniedziałku do piątku na spotkania to nie zgodziłem się na to. Czułem się traktowany przedmiotowo, jak przypadek.

    Zdarzyło mi się też raz pojechać jednorazowo do drogiego psychoterapeuty – dzięki niemu poznałem tytuł przydatnej książki i to spotkanie będzie mi się od razu przypominać, gdy wpadnę na pomysł, by brać narkotyki. Terapeuta był narkomanem, dlatego ten temat padł.

    W grudniu tamtego roku miałem większy kryzys i zadzwoniłem do psychiatry i poszedłem na wizytę prywatnie (osoba polecona). W skrócie psychiatra stwierdziła, że na terapii mogę się dowiedzieć, czemu nie mogę zaufać ludziom (: >) i że być może mam jakieś zaburzenie osobowości, ale jeszcze nie jestem w pełni określony czy dojrzały i że mam stany depresyjne. Sam zapytałem o diagnozę, bo jedyne co mi dała po wywiadzie ze mną to numery do psychoterapeutów i zrobiłem to niepotrzebnie… to stwierdzenie o zaburzeniu osobowości było dla mnie bardzo bolesne. To było jak stwierdzenie, że jestem uszkodzonym człowiekiem. (Ale leków mi nawet nie proponowała!)

    Już sam nie wiem, czy mam jakieś stany depresyjne czy nie. Jak miałem takie okresy, że leżałem w łóżku do 14 to i tak byłem w stanie wstać w każdej chwili i przejść powiedzmy wiele kilometrów czy podjąć się pracy fizycznej. Kwestia wyboru. Tylko, że wybór miałem między jedną stresującą sytuacją, a drugą. I tak tkwiłem w niczym. I tkwię nadal.

    Poszedłem na jedno spotkanie prywatnie do polecanej przez nią (psychiatrę) pani psychotereapeuty, ale ostatecznie uznałem, że nie mam na to pieniędzy. Prosiłem o nie rodziców, ale tata powiedział, żebym poszedł na to z NFZ. Dostałem skierowanie na spotkanie z psychoterapeutą i wypytawał mnie o całe życie… i było potem parę spotkań przed kwalifikacją do psychoterapii grupowej.
    Moje dane zostały wpisane nawet w „Karcie choroby”… jakbym im opowiadał co innego, to co innego uznaliby na „chorobę”.

    Nie tego oczekiwałem od tych spotkań. Wspominam przeszłość, ale ona już tak mnie nie obchodzi; bardziej to było wymyślanie tego, co się działo, bo jak mogę to dokładnie pamiętać? Chciałem z kimś omówić swoją sytuację i żeby wypracować rozwiązania, wygadać się. A terapeuta nie miał dla mnie zbyt wiele czasu… dostałem jakiś kwestionariusz z setkami pytań (pewnie pójdzie do statystyk). Nie tego chciałem.

    Ale myślałem, że na terapii grupowej będzie inaczej. Robienie obiadów, zakupów :>… Ostatecznie przerwałem ją z powodu finansowych – musiałem więcej czasu poświęcać na pracę, a przebywanie tam było bardzo wyczerpujące emocjonalnie i na pracę po niej nie miałem już sił.

    W skrócie: nic specjalnego od psychiatrów i psychoterapeutów nie uzyskałem. Zużyłem na nich tylko trochę czasu i pieniędzy. Chcę normalnego kontaktu z ludźmi, a nie być traktowany jak pacjent, którego trzeba naprawić.

    Może w końcu trafię na jakiś normalny kontakt z ludźmi; nie zamierzam się dopraszać..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót