O życiu pod przymusem, pisaniu na forach i, oczywiście, o uchodźcach

Napisał Radosław Cech

Od jakiegoś czasu przeglądam jedno z for, na którym ludzie piszą głównie o swoich problemach, o których najczęściej nie opowiedzieliby gdzie indziej, a które – przy zachowaniu anonimowości – mogą wreszcie bezpiecznie z siebie wyrzucić, czasem licząc na wsparcie, czasem na radę, przeważnie chcąc być po prostu wysłuchanym.

Gdyby przyjrzeć się po kolei przyczynom ich kłopotów i potrzebom, z którymi przychodzą, możnaby decydującą większość z nich zakwalifikować do co najmniej jednej z poniższych grup:

Niektórzy z nich otwierając się nawet anonimowo na forum robią to bardzo niepewnie i z góry uprzedzając domniemany atak piszą coś w rodzaju „pewnie napiszecie, że mam dziwne problemy, ale…”.

Czytając te wszystkie posty można dojść do wniosku, że krytyczna ocena (moralna, intelektualna, estetyczna) jest czymś, co otacza nas z każdej strony, czym przyzwyczailiśmy się oddychać na co dzień i co tak mocno wrosło w nasz sposób myślenia i postrzegania siebie i świata, że działa w nas już zupełnie niezauważone, po cichu siejąc spustoszenie w naszych relacjach i w obrazie samych siebie. Myśl o tym, że można patrzeć na siebie i innych inaczej, próbując zrozumieć zamiast ocenić, wydaje się zupełnie obca.

Zwykle towarzyszy temu też poczucie narzuconego nie wiadomo kiedy i przez kogo przymusu, nakazów i zakazów: TRZEBA sobie jakoś radzić, POWINNO się odnosić zwycięstwa, TRZEBA mieć jakiś sens, NIE WOLNO się poddawać, NIE MOGĘ wyjść na głupka, NIE WOLNO mi okazać się bezradnym.

Nawet, kiedy ktoś stara się udzielać życzliwych rad, często opiera je właśnie na tym, co POWINNO lub NIE POWINNO się robić. Próbowałem kiedyś zdefiniować sobie własne, dosyć tajemnicze, POWINNO – co to właściwie znaczy, że coś się POWINNO? Myślę, że chodzi tu o dążenie do realizowania pewnych wybranych wartości, którymi – z różnych powodów – kierujemy się w życiu. Można do tej sprawy (realizacji wartości) podejść jednak na różne sposoby.

Możemy zrobić eksperyment – napisać jakąś centralną dla nas myśl i policzyć, ile razy w ciągu dnia usłyszymy ją albo sami w ten sposób jakąś ją wyrazimy(również po cichu).

Zauważyłem, że kiedy rozmawiając z ludźmi o trudnych kwestiach, próbuję pokazać trochę inne podejście – że zamiast „POWINNO się” możemy przyjąć, że coś po prostu „WARTO”, to czasem udaje się zmienić perspektywę.

I wtedy nie MUSIMY już, ale CHCEMY realizować to, co dla nas ważne. Przestajemy działać pod przymusem, a zaczynamy z pełną odpowiedzialnością robić to, co uważamy za istotne i warte zachodu. Czasem w takich chwilach odkrywamy, że to, co uznawaliśmy do tej pory za ważne, wcale takie dla nas nie jest. I to też jest ważne odkrycie.

Nie chodzi tu tylko o zabawę słowami, o podmianę czasowników modalnych. Chodzi raczej o zmianę sposobu patrzenia na siebie i na otoczenie, która pomaga uwolnić się od utartych schematów. Te popularne schematy dotyczą też często naszego „radzenia sobie” z emocjami – własnymi i innych, np. naszych dzieci.

Kto z nas nie doświadczył przekonania, że NIE WOLNO się złościć czy smucić? W ten sposób wypowiadamy właśnie otwartą wojnę własnym emocjom. Zdemonizowaliśmy więc smutek, depresję, bezradność. Kiedy jednak zmieniamy sposób patrzenia z oceniającego i wymagającego na bardziej otwarty, rozumiejący i przyjmujący to, co jest, to odkrywamy, że są to całkiem naturalne uczucia, nieodłączna część nas, część życia, bez której nie bylibyśmy autentyczni, kompletni. I jakoś tak się dziwnie dzieje, że kiedy pozwalamy sobie doświadczyć tego smutku, dajemy sobie przyzwolenie na czucie się bezradnym czy na odczuwanie złości, to te uczucia przestają dominować. Przychodzą i odchodzą – tak samo, jak te jaśniejsze chwile.

Przypomina mi się historia pewnej kobiety, która po stracie bliskiej osoby była systematycznie pocieszana przez otoczenie, którzy przekonywali ją, że TRZEBA iść dalej, NIE WOLNO się poddawać i że NIE MOŻNA dać się pogrążyć w smutku. Było jej z tym coraz ciężej, bo z jednej strony przeżywała stratę i smutek, a z drugiej dostawała komunikat, że tak czuć się NIE POWINNA. W momencie, kiedy poczuła się wysłuchana i kiedy zamiast kolejnej rady w stylu „otrząśnij się” dostała zrozumienie i pełne przyzwolenie na wyrażanie i odczuwanie swojego smutku i żalu, poczuła ogromną ulgę. Paradoksalnie, to był jeden z ważniejszych kroków do tego, żeby się móc otrząsnąć.

Wracając jeszcze do wszechobecnej krytycznej oceny – w związku z bardzo popularną kwestią uchodźców i powszechnym poczuciem, że powinniśmy opowiedzieć się po jednej lub drugiej stronie, obserwuję, jak często obie strony dyskusji (mniej lub bardziej zażartej) manifestują właściwie te same emocje, to samo przywiązanie do krytycznej oceny i ten sam lęk, tylko ubrany trochę inaczej.

Z jednej strony mamy ludzi, którzy obawiają się napływu uchodźców, kulturowo innych, a więc nie spełniających pewnych oczekiwań i negatywnie wypadających w ich krytycznej ocenie i porównaniu. Z kolei z drugiej mamy ludzi, którzy często tych pierwszych nazywają rasistami i w dokładnie taki sam sposób postrzegają i opisują, jak tamci uchodźców.

Patrząc na kogoś pogardliwie, nazywając go rasistą, chamem, czy bezwartościowym śmieciem, ponieważ jako rozmówca nie spełnia naszych oczekiwań, robimy dokładnie to samo. Tak samo, kosztem rozmówcy, stosujemy raniące epitety, wyrażamy frustrację, nie radzimy sobie z własnym lękiem, z myślą, że ktoś może nie zgadzać się z naszymi wartościami, z naszym punktem widzenia, który chcielibyśmy widzieć jako jedynie słuszny i sprawiedliwy.

Wydaje mi się, że to, co w takich momentach mogłoby nam się przydać, to uważne wsłuchanie się w innych i w siebie. I nie chodzi tylko o słowa, ale o głębiej schowane, nasze prawdziwe pobudki i intencje. Kiedy stać nas na to, żeby przez chwilę pobyć takim uważnym, bezbronnym, nieatakującym i nieoceniającym rozmówcą to jest szansa, że w tej zażartej dyskusji lepiej zrozumiemy i siebie, i tych po drugiej stronie, być może krzyczących właśnie z poczucia bycia nieusłyszanym. Gdyby ściągnąć z obu stron szmatki, transparenty i epitety, znaleźlibyśmy i tu i tam lęk przed oceną, niepewność, potrzebę kontroli nad tym, co wydaje się zagrożeniem naszych wartości.

Otwierając się na rozmówcę i rezygnując z przepychania na siłę własnej racji mamy większą szansę znaleźć wyważoną, dojrzałą opinię i lepszy wgląd w to, o co właściwie chodzi nam samym.

Myślę, że takie otwarcie się na drugiego człowieka to czasem jak niepopularne nastawienie drugiego policzka, które zwykle postrzegamy mniej więcej jako nieadekwatne do sytuacji, w kategoriach bezsensownego średniowiecznego samobiczowania, sprzecznego ze zdrowym instynktem samozachowawczym. Nie zauważamy jednak, że realizując po cichu, bardzo konsekwentnie i bardzo zdrowo-instynktownie politykę „ząb za ząb” i pilnując wyłącznie własnej racji, osiągamy tak samo smutne, jeżeli nie bardziej, efekty.

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót