Czynienie sobie ziemi poddaną

Napisał Bartosz Kleszcz

Kiedy byłem jeszcze studentem, na zajęciach z psychologii społecznej wykładowca zapoznał nas z ciekawostką. Po zbadaniu postaw ekologicznych w różnych grupach religijnych okazało się, że najmniej proekologiczne podejście mają grupy amerykańskich protestantów. Szukając wyjaśnień dla tego znaleziska dotarliśmy do spostrzeżenia, że protestantyzm jest grupą dosłownie interpretującą Biblię, w której w 1 Moj 1:28 czytamy „Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi.” Nic dziwnego, że wyznanie bliskie tak władczemu przesłaniu może mieć wyższą tendencję do traktowania swojego nie-ludzkiego otoczenia w sposób dość przetwórczy i eksploatacyjny, czego skutkiem ubocznym będzie mniejsze zwracanie uwagi na skutki ludzkiej działalności dla reszty środowiska.

Została mi ta ciekawostka gdzieś z tyłu głowy i do niedawna do hasła „czyńcie sobie ziemię poddaną” miałem wyłącznie negatywne nastawienie. Ekologia=dobrze, a i nie uważam, aby inne zwierzęta musiały być dla naszego szczęścia towarem eksploatacyjnym. Nie zmieniwszy tego poglądu, za sprawą dwóch powieści Ayn Rand, „Atlas zbuntowany” oraz „Źrodło”, miałem okazję w ostatnich miesiącach wzbogacić swój punkt widzenia, przyglądając się czynieniu ziemi poddaną od znacznie piękniejszej strony.

Ayn Rand ledwo przeżyła bolszewicką rewolucję. Jej rodzinie zabrała ona cały dobytek, pozbawiła najbliższych przyjaciół życia, zmuszając ostatecznie do ucieczki do USA. Widać to w jej dziełach, gdyż obie książki są  naznaczone burzliwą wczesną historią autorki. Zarówno w „Atlasie zbuntowanym” jak i w „Źródle” Rand kreśli pewne archetypy, prototypowe modele ludzi, zaczynając od bolszewickiej właśnie postawy pełnej nienawiści, zaborczości, roszczeniowości, pasożytnictwa i wygody podszytej niesamodzielnym lękiem, po model człowieka – wedle niej – idealnego – twórczego, niezłomnego, uczciwego, polegającego owocach pracy swojego talentu i zaangażowania. Opis takiego człowieka jest jeszcze bliższy skórze tym bardziej, że nie udało się jej stworzyć pustej skorupy wypełnionej wizjami (czym się ryzykuje zawsze idąc w kierunku wzorów do naśladowania), dzięki czemu z kartek przyglądają się nam postacie z krwi i kości, ze wszystkimi trudnościami bycia człowiekiem – wybuchami emocji, wątpliwościami, samotnością i bólem. Jest to energetyzujący ideał na miarę niedoskonałości, która jest udziałem każdego z nas.

Nie zdziwi was zatem, że oba dzieła to niesamowite apologie ludzkiego ducha, owoców lotności kreatywnego umysłu, celebracja ludzkiego życia, inspiracja oraz wzór do tego, co to znaczy być człowiekiem realizującym swój potencjał. Zanim chwyciłem za pierwszą z książek, moja postawa wobec intelektualnego świata zaczynała się już wyrażać w lekkim zrezygnowaniu, nie oczekującym od świata żadnych nowości, które miałyby radykalnie zmienić moją perspektywę, będąc pogodzonym z faktem, że życie doroślejącego człowieka zaczyna z czasem coraz bardziej przypominać linię prostą, bez zaskoczeń i eksplozji nowości. Minęły dni gimnazjum i liceum, kiedy byłem jak czajniczek, do którego wlanie nawet drobnej ilości gorącego płynu będzie mieć relatywnie duży wpływ na temperaturę całości. Kilkanaście lat później czajniczek zmienia się w wiadro i trudno na nim wywrzeć ten sam efekt.

A jednak – za co jestem zwłokom pisarki bardzo wdzięczny – Ayn Rand wyostrzyła mnie na pewien aspekt istnienia, który jest tak powszechny, że aż oczywisty: praktycznie wszystko, co nas otacza, jest przekształcone przez ludzki geniusz. Na pewnym poziomie zaawansowania technologicznego staje się ono wręcz nieodróżnialne od magii, jednak żyjąc cały czas wokół tego łatwo przychodzi zapomnieć, traktując podróż lotniczą, rozmowę na Skype czy koty na YouTube jako najzwyklejszą rzecz na świecie. Złapałem się na tym odwiedzając galerię obrazów w Dublinie, zauważywszy szybko, że nie chodzę od ramy do ramy, a zatrzymuję się przy ścianie, na schodach, dotykam poręczy i patrzę, dokąd się zakręca na samym końcu, wyobrażając sobie drogę, jaką przeszło drzewo, aby z niego wydobyć właśnie tę poręcz, jakich ludzi potrzeba było do tego. Istnieje teoria nt. sztuki, że w kamieniu jest już rzeźba, a artysta tylko odrąbuje niepotrzebne części. Ta poręcz była w tym drzewie, ktoś to dojrzał, zlecił ścięcie i wydobył ją na zewnątrz, przeczytawszy wcześniej wiele książek zmarłych już mistrzów, którzy sami polegali na swoich poprzednikach, jak pochodnia przekazywana przez pokolenia z grobu do grobu.

Rozejrzyj się. Wszystko wokół jest naznaczone przez ludzką myśl. U mnie to netbook, na którym teraz piszę, kawa i brownie, które właśnie spożyłem, ubrania, które mam na sobie i miasto, w którym jestem. Nawet przyroda wraz z rozwojem cywilizacji z czegoś zewnętrznego staje się czymś wewnętrznym i przekształconym, drzewem otoczonym trawnikiem otoczonym chodnikiem otoczonym drogą otoczonym miastem. Kiedyś wszystkiego tego nie było, teraz jest to oczywiste. I nawet jeśli jest to moralnie niejednoznaczne, ponieważ rozwój człowieka ma ogromne koszty dla całego ekosystemu (i sami jesteśmy na tyle zaawansowani, aby w ogóle to dostrzec), to w tej niejednoznaczności jest coś, co jest w stanie stanowić jakąkolwiek przeciwwagę dla tych kosztów. Tym czymś jest to, jak człowiek czyni sobie ziemię poddaną, jak ją formuje – ludzki geniusz, siła jego twórczego umysłu, znajdująca swoją ekspresję w milionach przykładów.

Któż nie jest twórcą

Będąc w dublińskiej galerii spędziłem trochę czasu oglądając nagrany na wideo wywiad z jednym z moich ulubionych dwudziestowiecznych malarzy, Francisem Baconem. Malarstwo dwudziestowieczne ma swoje ślepe zaułki (w innym pokoju były tak wielkie jak nudne obrazy imć Seana Scully, jakiegoś lokalnego malarza, składające się z różnokolorowych, równoległych kwadratów i linii, szybko opuściłem to miejsce), jednak ogromną zasługą tej epoki jest odejście od idealnych obrazów mistrzów z XVII i XVIII wieku w kierunku czegoś bardziej zagmatwanego, ukazując dziwne lub straszne aspekty psychiki ludzi, którzy przeczytali o jedną książkę Freuda za dużo. Spójrz na porównanie obrazu z papieżem Innocentym X autorstwa Velazqueza, uznawanego za jeden z najdoskonalszych portretów w historii malarstwa, ze studium wykonanym przez Bacona. Technicznie wszystko zostało już osiągnięte, nikt nie namaluje niczego lepszego, wszystkie medale zostały rozdane i nie ma tu już miejsca na postęp, a rozwój filmu dodatkowo wysuszył tę gałąź – żaden obraz nie odwzoruje rzeczywistości tak, jak robi to kamera. Ale da się iść w innym kierunku, wydobyć coś nowego, co wcześniej było ukryte i co zrobił Bacon, zaglądając papieżowi głęboko pod skórę i wywijając to na drugą stronę, a drogą tą szli też inni znakomici malarze jak Franz Marc czy Zdzisław Beksiński.

Gdzie się w ogóle kończy Francis Bacon? Czy kończy się tam, gdzie technicznie rzecz biorąc kończy się jako człowiek, wraz z konturem jego ciała? W jakim stopniu Bacon wypełnia całą pracownię, której przecież nie zastał w stanie gotowym, a która przybrała z czasem jego kształty? W jakim stopniu kończy się gdzieś – w różnym stopniu – w ludziach, którzy o nim czytają, oglądają jego dzieła, łączą swoje myśli i emocje z jego wizjami? Gdzie się kończymy my? W jakiś sposób siła człowieka jest w stanie przekroczyć jego samego jak dalekosiężna aura.

Da się to nawet zbadać. W badaniach Nicholasa Christakisa, zmierzywszy u członków danej populacji inteligencję, wagę i szczęście (obok wielu innych rzeczy) okazało się, że jeśli mamy osobę A, która z kolei zna B, która to zna C, która następnie zna D, która zna osobę E, ale poza tymi powiązaniami osoby te nie znają się (np. A, B i C są dla E zupełnie obce), to mimo tego poziom inteligencji, otyłości i szczęścia u osoby A miał wpływ na poziom tych cech u osoby E. Zaskakujące. Kształtując siebie kształtujemy świat wokół nawet tego nie wiedząc.

Artysta jest po prostu pewnym rodzajem twórcy, których jest wielu. Wszyscy mamy udział w tworzeniu, samym sposobem istnienia czyniąc świat i ludzi na swój obraz i podobieństwo. I jest też coś, co staje temu na drodze.

Wrogowie możliwości

Bacon w wywiadzie otoczony jest przez chaos jego pracowni. Szare ściany są całe w paćkach, bo testował na nich kombinacje kolorów, na ziemi i stołach leży mnóstwo książek, pędzli i kto-wie-czego, tu czy tam są obrazy. Malarz jest zadowolony z takiego obrotu sprawy – gdyby dano mu nowy dom, czysty i świeży – mówi – w ciągu kilku tygodni zacząłby wyglądać tak samo. Chaos jest dla niego inspirujący i przywołuje wizje, które z kolei kierują jego ręką na płótnie.

Oglądając replikę pracowni Bacona złapałem się na tym, że czuję dziwny opór. Jakże pracować w takim miejscu? Wśród książek ułożonych na metrowej kupie w kącie, rozwalonych rzeczy na podłodze, pędzli powpychanych w wolne miejsca, między szarymi ścianami, bez wolnego krzesła. Zamiast przyznać sobie automatycznie prawo do racji, a Baconowi do niedorzeczności, poczuć się lepiej i iść dalej, zatrzymałem się na chwilkę. Moje myśli mają historyczny charakter – oznacza to, że tylko żyjąc już zbieram je po drodze ze różnych źródeł. Niektóre moje myśli mówią głosem mamy i taty, nauczycieli, moich znajomych… Jakim głosem mówi myśl, że odpowiednia pracownia powinna być biała, przejrzysta, mieć porządek, wygodne siedzenie, komputer, że siedzę tam w czystej koszuli i jestem wtedy produktywny i już nic nie może mnie zatrzymać i uśmiecham się białym prostym uśmiechem? Sam usunąłem już ze swojego pokoju dużo rzeczy i sobie to chwalę, jednocześnie jest tutaj jakaś uporczywa wizja, która nie wynika z doświadczenia czegoś na sobie, a jest wynikiem… marketingu? Reklam? Czy to było to? Do mojej głowy wdarł się kapitalizm.

Ayn Rand można nazwać kapitalistyczną pisarką z racji tego, że ceniła wolność, która jest podstawą do ekspresji ludzkiego potencjału, ale ciemną stroną bogactwa generowanego przez tętniący rynek jest tępy konsumpcjonizm, który przekracza samo realne zapotrzebowanie i eksploatuje zarówno świat wokół, jak i nas samych, poniżając uczestników tej niekończącej się karuzeli, redukując człowieka do roli nabywcy. Dzieje się to tak: aby sprzedać produkt trzeba najpierw sprzedać ideę, wprowadzić do głów ludzi warunek – że szczęście, produktywność, wspaniała sylwetka wprawdzie są na wyciągnięcie ręki, ale tylko jeśli masz produkt X, jesz Y i chodzisz w Z. Jesteśmy też uczeni, że pewne emocje, stany i sposoby funkcjonowania są wyrażane przez wchodzenie w posiadanie czegoś.

Poeksperymentuj na sobie, kończąc następujące zdania:

Bardzo prawdopodobne, że znajdujesz tu odpowiedzi, których ktoś cię kiedyś nauczył – dowiadujemy się z telewizji czy internetu, że dziękuje się czekoladkami Merci, odchudza produktami light, piątek spędzasz z Lechem, jesteś produktywny dzięki Apple, symbolem sukcesu jest cygaro i szampan, na spacer tylko z kijkami do Nordic Walkingu, tylko siłownia daje miejsce do ćwiczenia mięśni i kondycji, a pełnowartościowa dieta wymaga niewiarygodnej ilości różnorodnych substancji odżywczych, przez co należy się suplementować. Miałem taki eksperyment na sobie podczas oglądania wspomnianej pracowni – moja wizja kreatywnego miejsca została mi sprzedana, przez bardzo inteligentnych ludzi swoją drogą. Nie rodzimy się z tą wiedzą, ale stopniowo nią nasiąkamy i przyjmujemy ją za swoją, ograniczając ogromny zakres wyrazu do utartych wzorów.

Bezwarunkowy człowiek

I co z tego? Oddajmy głos Charlesowi Bukowskiemu (tłumaczenie własne):

powietrze i światło i czas i przestrzeń

„-wiesz, zawsze miałem albo rodzinę, albo pracę
coś zawsze stało
na drodze
ale teraz
sprzedałem dom, znalazłem to
miejsce, duże studio, powinieneś zobaczyć tę przestrzeń i
to światło.
po raz pierwszy w moim życiu będę mieć
miejsce oraz czas, aby
tworzyć.”

nie, dziecinko, jeśli masz już tworzyć
to będziesz tworzyć niezależnie czy pracujesz
po 16 godzin w kopalni węgla
lub
będziesz tworzyć w małym pokoiku z 3 dziećmi
kiedy jesteś na
zasiłku,
będziesz tworzyć, kiedy część twego umysłu i ciała
odstrzelą,
będziesz tworzyć ślepy
kulawy
otępiały,
będziesz tworzyć z kotem na plecach
kiedy
całe miasto drżeć będzie pod trzęsieniem ziemi, bombardowane,
w powodzi i ogniu.

dziecinko, powietrze i światło i czas i przestrzeń
nie mają z tym nic wspólnego
i nie tworzą nic
może oprócz dłuższego życia, aby
wypełnić je
wymówkami.

Jaką władzę mają zaszczepione w tobie wizje nt. tego, jak powinno być oraz co muszę najpierw mieć, aby cokolwiek było możliwe? Przekaz ze świata jest jeden: „kupuj, aby móc”. Możemy mieć też wewnątrz inne uwarunkowania, tworzone przez nasz stary ewolucyjnie umysł, nastawiony przede wszystkim na bezpieczeństwo:

Lub bardziej ukrycie – mój kolega zawsze powtarza pół żartem, pół serio, że „kto nie pracuje, ten nie ma pieniędzy na miłość.” Zauważaj te drobne punkty, wokół których bezwiednie może się okręcić życie.

Czy łapiesz tutaj coś znajomego, dobrze znany ci uchwyt, który ciągnie cię w kierunku wielkiego NIE? Bo oczywiście ten moment, kiedy jesteśmy wystarczająco dobrzy i spełniamy wszystkie wewnętrzne wymagania, rzadko kiedy nadchodzi, a jeśli to się stanie, to ta chwila, dając okazję na coś nowego, świeżego, ryzykownego i żywego, bezpowrotnie minęła – i tworzy się w tobie jedna nadrzędna zasada, że nie możesz tworzyć i kształtować swego życia, ponieważ masz myśli. Ponieważ czekasz, że coś się stanie, że w przyszłości będziesz bardziej gotów lub gotowa. Z twórcy zmieniasz się w zalęknione zwierzę, z podróżnika – w mieszkańca poczekalni.

I gorzko się zapatrzyliśmy
W zabrane nam dalekie strony
I w duszach swych przeklinaliśmy
Tę łatwą wiarę w megafony.

Elastyczność psychiczna jest sposobem na przekroczenie własnej historii uczenia się tych zazwyczaj nieprzydatnych zasad. Na zauważenie, że wprawdzie nie możemy wykorzenić z siebie tego, co już wiemy (spróbuj zapomnieć celowo choćby o czymś tak prostym jak to, czy jadłeś lub jadłaś dzisiejszy posiłek, a co dopiero o tym, co ciężkie i co boli), to możemy wziąć na to poprawkę, jakby zdając sobie sprawę, że mamy na nosie zbyt czarne lub zbyt różowe okulary. Umożliwia to wyjście ze swojej głowy, większy dystans, bogatszą perspektywę, spojrzenie na swoje rzeczywiste doświadczenie.

Stąd jest możliwe wiele więcej. W moim poprzednim artykule o skuteczności terapii pisałem o Victorze Franklu, który odnalazł sens życia pozostając w obozie koncentracyjnym. Jeśli jest możliwe żyć sensownie nawet w obozie koncentracyjnym, to bezpiecznie jest założyć, że żyjąc w relatywnie bezpiecznych czasach, nie martwiąc się o śmierć z głodu i miejsce do spania, mamy pod ręką wszystkie rzeczy, których potrzebujemy, aby dążyć do czegoś, coś tworzyć – bliskość, autentyczność, wolność, sprawiedliwość, bunt, troskę o innych i o siebie – cokolwiek jest ważne dla ciebie.

Kolejnym razem, kiedy zauważysz w swojej głowie czerwone światło i sygnał do odwrotu, zatrzymaj się na chwilkę, by się mu przyjrzeć. Czy jesteś w stanie zauważyć, skąd się u ciebie wzięły takie myśli? Czy ktoś (ty?) ci je powtarzał wiele razy tak bardzo, że stały się filtrem, przez które patrzysz na świat? Poczekaj chwilkę, oddychaj. Zobacz, czy możesz zauważyć, jak ten filtr barwi twój świat i wziąć na to poprawkę. Za tym filtrem, za tymi myślami jest prawdziwa osoba, która nie jest swoimi myślami na temat tego, jak powinno być i co trzeba robić. Dostrzeż i te myśli jako po prostu myśli zarejestrowane przez twój umysł, myśli o historycznym charakterze, megafony zapraszające do poczekalni – i tę osobę, która cały czas tutaj jest, która jest kimś więcej niż bagażem w swojej głowie. Z tego zatrzymanego punktu są już tylko dwie drogi – wrócić do świata na autopilocie lub działać w zgodzie z tym, co jest cenne dla ciebie, a nie dla twoich myśli czy ludzi, którzy mają interes w tym, abyś żył lub żyła pod dyktando warunków innych niż swoje własne.

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót