Guru i komercjalizacja duchowości

Napisała Julia Wahl (juliawahl.natemat.pl)

Wiele osób chce być guru. Niekoniecznie muszą być duchowymi nauczycielami, mistrzami. Wystarczy, że są ludźmi. To miło myśleć, że się jest guru. Jeszcze milej, kiedy inni tak o nas myślą. Że znamy wszystkie odpowiedzi, a przynajmniej większość, że sami sobie ze wszystkim idealnie radzimy. Że po prostu jesteśmy świetni.

Ludzie szukają guru w postaci nauczycieli duchowych lub też w świeckiej wersji pod postacią psychoterapeuty, psychologa lub najlepiej coacha (coach brzmi bezpiecznie, znaczy, że chcemy się rozwijać, że się od nikogo nie uzależniamy, psychoterapeuta brzmi groźnie, znaczy, że z nami coś jest nie tak albo przynajmniej potencjalnie może być coś nie tak: „już on coś wymyśli”, „a jeszcze coś znajdzie”).

Ludzie chcą odnaleźć w kimś oparcie, poczuć bezpieczeństwo. I nie ma nic złego w tym, że szukamy kogoś mądrego, kto by nas mógł zainspirować do mądrego czy też jeszcze mądrzejszego życia. Nawet nie jest problemem to, że przez chwilę zbyt mocno ufamy każdemu słowu naszego nowego nauczyciela. Problem rodzi się wtedy, kiedy nie możemy już bez niego żyć albo ciągle szukamy nowych nauczycieli (terapeutów), lepszych, ważniejszych, bardziej znanych. Problemem jest to, że już sami sobie nie ufamy. Że nigdy nie dorastamy. Że zbieramy warsztaty rozwojowe niczym kolejne kiecki, samochody, partnerów. Wchodzimy w to, co Czogjam Trungpa nazwał „duchowym materializmem”. Materializm może być też psychologiczny. Nie ma żadnej różnicy pomiędzy zbieraniem obrazów, ubrań, win a kolekcjonowaniem kolejnych praktyk duchowych czy też psychologicznych. To pierwsze jest jednak mniej zakłamane, często też od razu możemy zobaczyć, że jesteśmy uzależnieni, że 40. para butów to już może przesada. Bardziej subtelny jest materializm duchowy/psychologiczny: 20. z rzędu warsztat? „No przecież się rozwijam! Pracuję nad sobą”. Nic bardziej złudnego, czasami mamy tylko lepsze narzędzia, żeby jeszcze bardziej nie być ze sobą. Zasadniczo nie ma różnicy pomiędzy piciem wina a warsztatem rozwojowym. Obydwie formy mogą być świetnym sposobem ucieczki. Od problemów, od siebie samego.

Problemem jest też to, że już nie możemy samodzielnie żyć bez naszych nauczycieli. A pseudoguru na nas liczą. Że pojedziemy na kolejne szkolenie, kolejny kurs. Duchowość i rozwój to też wielki biznes. Ludzkie cierpienie także bowiem bywa biznesem, nie tylko dla firmy farmaceutycznej. Także dla ośrodka rozwoju. Trudno oprzeć się pokusie niebycia guru, niepromowania się za wszelką cenę. Każdy chce zarabiać, a na pewno każdy pieniędzy potrzebuje do przeżycia (terapeuci, nauczyciele duchowi też ich potrzebują), każdy też chce mieć dobrą pozycję, ale jak ustrzec się, korzystając z metafory, przed „sprzedaniem duszy diabłu”? Gdzie jest granica pomiędzy pomaganiem/przynoszeniem pożytku innym a uzależnieniem od siebie ludzi i sprzedawaniem tego, co szkodzi, a w najlepszym wypadku nie pomaga? Najgorsze to przestać się pilnować i samemu uwierzyć we własne kłamstwa i półprawdy. Sprzedawać kolejne wizje wiecznego szczęścia. Oczywiście firmowanego naszym nazwiskiem. Problem zatem leży zarówno po stronie sprzedających, jak i kupujących. Jedni bez drugich nie miałoby bowiem szansy przeżyć.

Psychoterapeuci, trenerzy, coachowie, a nawet nauczyciele duchowi to też ludzie. Często równie mądrzy i równie głupi, jaka cała reszta. Znam bardzo uduchowionych, mądrych inżynierów. Znam bardzo głupich terapeutów. Czasami sama bywam bardzo głupia. Czasami nie mam odpowiedzi. Wierzyć w siebie stale, jednocześnie wątpiąc w siebie na tym polega sztuka mądrego przewodnika.

Gdy już przejdziemy kilka terapii grupowych, indywidualnych, treningi poczucia własnej wartości, uważności, ustawimy się Hellingerem, zrobimy sobie rebirthing, regressing, nakupimy kadzideł, potańczymy salsę i tańce derwiszów, przejdziemy głodówkę, pojedziemy na obóz szamański na pustynię, do dżungli, zwiększymy swój stan orgazmiczny, ekstatyczny i narcystyczny, pomedytujemy na Mont Evereście, to na chwilę się zatrzymajmy i zobaczmy, czy nie lepiej było po prostu pić kolejne drogie wino, kupując kolejną parę drogich butów, wracając z drogich wakacji. Bo to się niczym nie różni. Czasami tak bardzo koncentrując się na sobie, powiększamy swoją fiskację. Fiksacja na sobie powoduje większe cierpienie, choć przez chwilę jest bardzo miło. Jak z masturbacją. Ale dobrze też od czasu do czasu uprawiać miłość z drugą osobą, zamiast uzależnić się od masturbacji.

Prawdziwa praca duchowa, terapeutyczna, rozwojowa wymaga wysiłku, na ogół nie jest łatwa, przyjemna, nie jest zabawą. Niekiedy oczywiście bywa przyjemna. Nawet dobra relacja wymaga wysiłku, nawet w dobrej relacji jest czasem trudno. To samo się tyczy samorozwoju, a raczej rozwoju. Rozwój nie powinien bowiem ograniczyć się do przedrostka „samo-”. To, co powiedział Czogjam Trungpa o medytacji, również możemy odnieść do rozwoju: powinien być „sposobem na zdemaskowanie siebie samych”, na pewno jednak nie sposobem nakładania kolejnych masek (nie tylko dla innych, ale także dla siebie).

Skąd to wiem? Od moich nauczycieli. I także od samej siebie. Jednocześnie.

Julia E. Wahl oczywiście prowadzi warsztaty, treningi i psychoterapię. I oczywiście ma nauczyciela duchowego, superwizorów i namiętnie podlewa swoje ego, m.in. kupując kolejne książki. Na szczęście na razie nie uważa się za guru, jako że bliscy nieustannie jej w tym przeszkadzają, demaskując wszelkie narcystyczne zapędy. Na razie nie zamierza pozbyć się rodziny.

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót