Szczęście i jego smutki

Przetłumaczył Bartosz Kleszcz

Jako filozof pracująca na skrzyżowaniu filozofii europejskiej, psychoanalizy, feminizmu i teorii queer dokonuję obserwacji na temat ludzkiego życia, które są bardziej spekulatywne niż naukowe. To może wyjaśniać, dlaczego moja definicja charakteru odnosi się do tego, co jest w naszym istnieniu najmniej namacalne, najmniej obejmowalne rozumem, wliczając do tego zalążki pragnień, które czasem sprawiają, że zachowujemy się na sposoby, które stoją w opozycji własnego, racjonalnego rozumienia tego, jak życie powinno się toczyć.

Jeśli tożsamość ujmuje coś na temat tego dość wypucowanego społecznego obrazu siebie, jaki prezentujemy światu, to charakter – moim zdaniem – ujmuje w jakiś sposób zupełnie wyjątkowe i potencjalnie buntownicze siły, które raz na jakiś czas łamią fasadę tej społecznej tożsamości. Z tego punktu widzenia nasz charakter wskakuje na scenę za każdym razem, kiedy robimy coś „szalonego” jak nagłe zakończenie długotrwałego związku lub rezygnacja z obiecującej ścieżki kariery. W takich chwilach to, co jest groźne i dezorganizujące w nas podważa nasze próby prowadzenia „rozsądnego” życia i sprawia, że podążamy za zewem, który może być tak niejasny, jak i kuszący. Możemy nie wiedzieć, dlaczego czujemy wezwanie nowego losu, ale wyczuwamy, że nie odpowiedzenie mu uśpi w nas to, co jest najbardziej żywe.

Niestety żyjemy w kulturze, która uważa takie prywatne powstania za zagrażające, nie tylko dlatego, że czynią nas one mniej przewidywalnymi i przez to trudniejszymi do kontrolowania. To z tego powodu ciągle przypomina nam się o ważności prowadzenia szczęśliwego, zrównoważonego życia – takiego, które „ma sens” z punktu widzenia dominującego porządku społecznego. Wielu z nas ma w istocie już uwewnętrzniony ideał szczęśliwego, zrównoważonego życia do takiego stopnia, że trudno nam wyobrazić sobie inny scenariusz. Cytując Freuda, nie ma wątpliwości odnośnie tego, czego ludzie chcą od życia: „Chcą być szczęśliwi i takimi pozostać.”

Szybki przegląd naszej kultury – zwłaszcza kultury skupionej wokół książek samopomocowych – potwierdza obserwację Freuda. Można by nawet powiedzieć, że w naszej erze idea, że powinniśmy prowadzić szczęśliwe, zrównoważone życie, niesie ze sobą moc nakazu: powinniśmy odłożyć na bok nasze lęki, aby cieszyć się życiem, osiągnąć pokój umysłu i zwiększać produktywność. Kult „pozytywnego myślenia” zapewnia nas nawet, że możemy zaprosić dobre rzeczy do naszego życia przez samo myślenie o nich.

W takich ramach społecznych lęk zawsze jest trochę zawstydzający: jest znakiem porażki życiowej. Mimo że pęd współczesnego życia czyni spokój ducha coraz trudniejszym i trudniejszym do osiągania, to raz po raz przypomina nam się o zagrożeniach związanych z lękiem, wliczając w to cielesne dolegliwości, które lęk ma tworzyć. Tak zwani eksperci od wellness określają emocjonalne wzburzenie za złe dla nas. Artykuły w magazynach dają wskazówki, jak przezwyciężyć stres. A guru New Age zrównują oświecenie ze spokojem.

Wszystko to może sprawić, że czujemy się tak przepełnieni lękiem na myśl o tym, że możemy czuć lęk, iż łapiemy się na tym, że nawet kiedy czujemy się trochę wstrząśnięci, trochę podekscytowani, nawet w dobry sposób, ostateczne tłamsimy uczucia, ponieważ obawiamy się, że nasze rozpalenie doprowadzi nas prosto do krainy… lęku. Otrzymujemy ogólne wykształcenie w dziedzinie emocjonalnego otępienia – a ostatecznie jesteśmy uczeni obawiać się życiorodności we wszystkich jej przejawach.

Przykłady, kiedy społeczeństwo zmusza do recytacji swej kulturowej mantry – lęk zły, szczęście dobre – są oczywiste.  Jak zauważył Theodor Adorno w latach 50. XX wieku, przypominanie o byciu szczęśliwym, krążące w naszej kulturze, „jest podobne do furii ojca wymyślającego dzieciom, że nie biegną w ekstazie w dół schodów, kiedy on wraca zirytowany z biura.” Każda kobieta, której tajemniczy nieznajomy na ulicy powiedział, aby „uśmiechnęła się”, wie, o czym mowa: publiczne przejawy kobiecego niezadowolenia, nie mówiąc już o lęku, są wzbronione. Jeśli patriarchat ma przetrwać, kobieta musi swoją radością przez dwadzieścia cztery godziny na dobę zapewniać mężczyznę, że wszystko na świecie toczy się jak najlepiej. Twoja babcia umarła tego ranka? Za pół godziny masz bardzo ważne przemówienie? Nieważne, chcę, byś się uśmiechała!

Z perspektywy filozofii Foulcaulta możnaby powiedzieć, że uśmiech wymuszany na kobiecie nawet, kiedy czują się paskudnie, jest jednym z biopolitycznych narzędzi neoliberalnego kapitalizmu. Mówiąc prosto – nadąsane kelnerki są złe dla gospodarki. Tak samo ludzie będący zwolennikami żarliwych, lecz nieuporządkowanych uniesień miłosnych, a nie bardziej aseptycznej seksualności łoża małżeńskiego. Jeśli chcesz, aby każdego ranka ludzie pojawiali się za biurkiem, podkręcasz wartość małżeństwa do tego stopnia, że ludzie będą tak bardzo gotowi w nich trwać niezależnie od tego, jak bardzo będą rozczarowywać.

Zgodnie z tym punktem myślenia nadrzędne siły muszą wiedzieć, czego od nas oczekiwać, aby mogły nam sprzedawać wszystko, zaczynając na opinii, a kończąc na produktach upiększających. Feministyczna filozof Sara Ahmed pisała, że nic nie czyni nas bardziej posłusznymi niż społeczne „skrypty szczęścia” – takie jak idea, że małżeństwo jest szczytem ludzkiego życia – które prowadzą nas konkretnymi ścieżkami życia, czyniąc inne (ocenione jako nieposiadające szczęścia) nie do pomyślenia.

Nie trzeba dodawać, że nasze skupienie na ideale szczęścia odwraca naszą uwagę od wspólnych społecznych schorzeń, takich jak nierówności socjoekonomiczne. Barbara Ehrenreich pokazała, że kiedy wierzymy, że nasze szczęście polega na myśleniu właściwych (pozytywnych) rodzajów myśli, stajemy się ślepi na to, jak siły społeczne mogą tworzyć nasze nieszczęście poprzez rasizm lub seksizm. Co najgorsze, stajemy się nieczuli na cierpienie innych, zakładając, że jeśli coś im nie idzie, jeśli nie są perfekcyjnie szczęśliwi, to nie temu, że są biedni, zaszczuci i bezrobotni, ale temu że nie próbują wystarczająco mocno.

Jeśli to wszystko to za mało, aby uczynić cię podejrzliwym lub podejrzliwą w temacie kulturowych nakazów szczęścia, rozważ także tę podstawową psychoanalityczną myśl: ludzie być może nie są zaprojektowani, aby prowadzić szczęśliwe, zrównoważone życie. Ironią szczęścia jest to, że kiedy zarządzamy sobą tak, aby czuć się szczęśliwie, to wówczas jesteśmy też najsilniej świadomi faktu, że to uczucie może się nie utrzymać. W miarę tego, jak każda mijająca chwila szczęścia przybliża nas do nieuniknionej zapaści, szczęście staje się zwyczajnie oczekiwaniem nieszczęścia – podstępnie okrężną drogą tworzenia lęku.

Weźmy na warsztat pogląd, że szczęście wiąże się ze zdrowym stylem życia. Oczywiście społeczeństwo jest bardzo entuzjastycznie nastawione wobec idei, że możemy trzymać krótko wszystkie schorzenia poprzez skrupulatne zarządzanie własnym ciałem. Unikanie czynników ryzyka – palenia, picia i wyuzdania, połączone ze zbilansowaną dietą i regularnym ćwiczeniem, ma gwarantować długowieczność. W pewnym stopniu to oczywiście prawda. Jednakże nacisk na zdrowe zwyczaje jest także sposobem na moralizowanie choroby, na rzucanie osądów na tych, którym nie udaje się dostosować do właściwego sposobu działania. Ostatecznie, jak pokazał to filozof queer Tim Dean, stajemy oko w oko z regulacją przyjemności – procesem medykalizacji, który mówi nam, jakie rodzaje przyjemności są akceptowalne, a jakie wręcz odwrotnie.

Podejrzewam, że pod desperackimi próbami społecznego pomniejszania ryzyka i przepisywania szczęścia jako panaceum na smutki, gnieździ się nędzna impotencja w konfrontacji z wpisanym w ludzką naturę brakiem poczucia bezpieczeństwa. Jako społeczeństwo prawdopodobnie utraciliśmy zdolność do radzenia sobie z tym brakiem. Próbujemy sprzątnąć to pod dywan, ponieważ straciliśmy kontakt z tymi sposobami życia, które nie są z założenia zupełnie zdrowe i dostosowane.

Dlaczego właściwie zdrowe i dostosowane życie ma być lepsze od tego, które jest pełne uniesień i osobistego ujęcia, ale także, czasami, trochę niezdrowe i niedostosowane? Czy niektórzy z nas nie woleliby żyć życiem, które ugina się od intensywności uczuć i działania, ale które nie trwa tak długo jak życie zorganizowane w bardziej rozumny sposób? Dlaczego dobre życie powinno równać się życiu harmonijnemu? Czy nie może być też tak, że dobre życie jest takie, które zawiera dokładnie tyle lęku, ile potrzeba? W rzeczy samej, czy jakiś stopień napięcia nie jest czynnikiem koniecznym do rozpoznania spokoju ducha, kiedy mamy szczęście, by nań natrafić? I dlaczego nasze życie powinno być ostrożne zamiast trochę niebezpieczne? Czy nie jest możliwe, by najlepsze życie było takim, w którym czasem pozwalamy sobie stać się trochę nieroztropnym lub nawet szalonym?

Ostatnio byłam świadkiem prezentacji prowadzonej przez córkę wybitnego człowieka, który w ciągu swego życia napisał kilka książek, które potężnie wpłynęły na to, jak rozumiemy ludzką psychikę. Podczas tej rozmowy córka zarzuciła ojcu, że nie był stabilną „głową rodziny”, jako że jego pasja do pracy rzuciła cień na resztę jego życia, a także to, że nigdy nie był w 100% na luzie jeśli chodzi o codzienne, społeczne relacje. Ujęła to tak, jakby jej ojciec był porażką jako człowiek, ponieważ nie był w stanie docenić smaku owoców dobrze dostosowanego życia.

Podczas słuchania nie mogłam się oprzeć się wrażeniu, że ocenia ojca przez bardzo konwencjonalne okulary. Z tego co wiem, to istnieją sytuacje, w których zdolność do pokazania się przy obiadowym stole jest mniej wartościowa niż zdolność do tworzenia wybitnych, genialnych prac wzbogacających resztę społeczeństwa.

Wiele osób, które miały największy wkład w naszą wspólną historię – myśliciele, badacze, kompozytorzy, pisarze, artyści i tak dalej – prowadzili życie, które z zewnątrz wyglądało na dość patologiczne. Często byli odludkami, trudno im było tworzyć trwałe związki, ich praca pochłonęła ich aż do stopnia obsesji, zatopili się w głębinach rozpaczy, wątpili i ubliżali sobie, a także musieli znieść chłód i ostrość światowego osądu. Jednakże kto może powiedzieć, że te życia były mniej poruszające niż te, które wydają się być na pierwszy rzut oka bardziej pełnowartościowe?

Kiedy przychodzi do prowadzenia krzepkiego życia, to bardzo możliwe, że te udręczone, „patologiczne” osobowości zbliżyły się do niego bliżej niż te zdrowsze. Ujmując to tak skrajnie chcę zwrócić uwagę na zideologizowaną naturę naszej wiary w wartość zrównoważenia i spokoju umysłu. Jeśli urodzilibyśmy się w innym społeczeństwie, być może celebrowalibyśmy inne cechy – powiedzmy na przykład stuprocentowe oddanie się sprawie – zamiast tej.

Moim celem nie jest fetyszyzować braku psychicznej lub emocjonalnej stabilności. Jestem świadoma ogromnego brzemienia, jakie można ona sprowadzać. I wiem, że jest wielu ludzi, którzy żyją pod brzemieniem niepewności, które jest naprawdę na skraju ludzkiej wytrzymałości. Ale jesteśmy w błędzie, kiedy rozumiemy lęk i inne przejawy życiowej dezorientacji jako coś przeciwnego dobrze przeżytemu życiu. Równie dobrze może być tak, że są one nieodłączną częścią takiego życia.

Bardzo możliwe, że im bardziej gonimy za szczęśliwym, zrównoważonym życiem, tym bardziej słodcy, nudni i pozbawieni charakteru się stajemy. To może nie być przypadkiem, że wiele osób współcześnie narzeka na ociężałość ducha – co filozof Julia Kristeva opisuje jako „nowe schorzenia duszy”. Ci ludzie przechodzą przez etapy życia i mogą nawet osiągnąć bardzo wiele jeśli chodzi o realizację ambicji zawodowych lub udanych związków. Jednak czegoś brakuje. Istnieje podszywająca to daremność, sprawiająca, że te osiągnięcia mają posmak nieprawdy, nierzeczywistości czy niepełnej obecności w tym jako człowiek. Przez długi czas mają poczucie, że to wydanie ich, które prezentują światu, jest pustą skorupą, maską, która może czasem lśnić, ale ostatecznie nie niesie za sobą spełnienia.

Oto czemu nasza społeczna wiara w szczęście, wraz z łowami na wiedźmy lęku, ma tendencję do bycia dokładną przeciwnością potrzeb naszego charakteru. Jasne, to miłe czuć spokój i być zdolnym zebrać się w sobie, nie ma też niczego złego w opanowaniu. Jednakże te podbudowujące nas uczucia nie mają za wiele wspólnego z nieuczesaną jednostkowością, która nadaje charakterowi wagi. Mimo wszystko, nasz charakter to nie tylko to, co jest przyjemne i pełne łabędziej gracji, ale także to, co zdaje się zmienne, niesforne, niewygodne lub nawet trochę zgiełkliwe i zboczone. Nasz charakter regularnie umartwia te bardziej wyrafinowane części nas. Jeśli chcemy być mu wierni, musimy się nauczyć tolerować to, co podważa lub to, co wyrywa się ze smyczy społecznego kształtowania i co kreuje społeczne wyobrażenie o nas. Odpowiedź na zew własnego charakteru, skrótowo mówiąc, oznacza zagrożenie dla własnego spokoju.

W jednej z bardziej poetyckich chwil Adorno sugeruje, że te dziwaczne, zawstydzające gesty zachowują „ślad przepadniętego życia.” Rozumiem, że odnosi się to do naszych przypadkowych gestów – naszych wymsknięć i wytrąceń z równowagi – które niosą ciężar naszego charakteru, tej części, którą wysłaliśmy na wygnanie, ale która nigdy do końca nas nie opuszcza.

Hanna Arendt mówi z kolei o eterycznej „aurze”, która jest wpisana w nasze postawy, ale nie można jej sprowadzić do żadnej z naszych cech (talentów, ograniczeń itd.) Ta niezrównana aura mówi innym coś na temat najgłębszych warstw bycia, na temat tego „kto” wewnątrz nas, a nie na temat „co”. Podobnie jak starogrecki daimon, o którym uważano, że reprezentuje unikalnego ducha każdej osoby, i który miał towarzyszyć przez całość życia, aura ta jest widoczna dla innych, jednakże niemożliwa do przetłumaczenia na prosty opis.

Lubię myśleć o daimonie Arendt i dziwności gestów Adorno razem, ponieważ uważam, że na skrzyżowaniu tych dwóch odnajdujemy nasz własny charakter. Tak jak daimon, charakter jest niedotykalny, lecz oczywisty. I jak te dziwne, zawstydzające gesty, przekazuje on coś na temat często przesadnych ilości energii, które nasycają życie witalnością. Lęk reprezentuje jedno oblicze tych życiowych sił, przez co nie zawsze jest takim wrogiem, jakim czyni je społeczeństwo. Czasem może być ostatnim ogniwem łączącym nas z tym, kim jesteśmy: to, co przypomina nam o tych pragnieniach, które nasze społeczeństwo określa jako nieumiarkowane lub nieporządne, ale nasz charakter uznaje za nieodłączne.

Właśnie temu jest coś pustego w ideale szczęśliwego, zrównoważonego życia – życia nienaruszonego przez lęk. Oto czemu myślę, że za naszym podążaniem za jaśniejącym zdrowiem czai się tragiczny rodzaj dyskretnej śmierci: zgon wszystkiego, co jest ekscentryczne i nieuporządkowane w życiu ludzkim. Społeczeństwo sprzedaje szybkie rozwiązania: jeśli się przeziębisz, weź antybiotyk; jeśli jesteś w depresji, weź antydepresant; jeśli boisz się, weź uspokajacze. Ale co musimy wziąć, jeśli stracimy nasz charakter?

Mari Ruti pracuje jako profesor teorii krytyki na Uniwersytecie Toronto. Jej ostatnia książka to The Call of Character: Living a Life Worth Living (Columbia University Press, 2013).

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


Jedna odpowiedź do “Szczęście i jego smutki”

  1. Kleszcz napisał(a):

    WPROWADZENIE DO ARTYKUŁU Z FACEBOOKA

    Moja koleżanka ostatnio opowiedziała mi o dziwnej historii, która ją zastanawia: jakkolwiek czuje się heteroseksualną osobą, to bardzo kręci ją oglądanie gejowskich filmów porno. Trudno jej wyjaśnić, co właściwie sprawia, że tak jest, natomiast moją uwagę zwróciło najbardziej inne zjawisko: jak do w miarę spokojnego i trwałego rozumienia siebie wdzierają się zjawiska, które to rozumienie przekraczają, do tego stopnia, że pierwszym odruchem jest chęć analizy i wyjaśnienia tej tajemnicy.

    Społeczeństwo stale motywuje nas do tego, abyśmy sztywnie definiowali to, kim jesteśmy. Jestem prawnikiem, pielęgniarką, ojcem, mamą, heteroseksualny, homoseksualny, fanem Legii lub Wisły, studentem, nieudacznikiem, zwycięzcą, robotnikiem, podrywaczem, kimś, komu się nie udaje w życiu i nic nie osiągnie. Wszystko dobrze, kiedy takie słowne definicje w pełni oddają to, kim jesteśmy i działają na naszą korzyść, jednak człowiek ma to do siebie, że bardzo często takie ujmowanie się w sztywnych kategoriach przypomina kreślenie kwadratury koła.

    Starożytni, zanim odkryli liczbę pi, dzięki której można było opisać pole koła, wymyślili metodę wpisywania w nie coraz większej ilości kwadratów, a z każdym z nich przybywało miejsca zajętego przez nie i coraz bliżej było do określenia jego pełnego pola. Zawsze jednak jakaś część pozostawała na zewnątrz. Tak samo w naszym ujmowaniu siebie w słowa – zawsze jest jakaś część, która może nas zaskoczyć i która w konfrontacji z tym, kim jesteśmy, jeśli tylko jej pozwolimy, okazuje się być nieoczekiwana i zaskakująca. I być może wcale nie potrzebuje dodatkowej definicji, a tylko jej dobrego przeżycia.

    Tak samo jest z definicjami na temat szczęścia, które zdominowane są w pop-psychologii przez pseudo-amerykańskie poglądy, że szczęście to brak nieprzyjemnych doznań. Każdy rodzic zajmujący się dzieckiem, każdy student po sesji i każda zakochana osoba może z łatwością zaprzeczyć takiemu rozumieniu – szczęście to także pewna doza lęku, bólu, smutku, który nieodłącznie się wiąże z sięganiem po rzeczy ważne.

    Co o tym sądzisz? Jakie jest miejsce nieprzyjemnych emocji w dobrym życiu? A może da się ich pozbyć zupełnie? Zapraszam do dyskusji.

    –Bartosz Kleszcz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót