Przeciw psychoterapii: dyskusja

Napisał Bartosz Kleszcz

Chętnie czytuję bloga Psycho-kit, w którym autorka barwnie opisuje różne przykłady nadużyć psychobiznesu – zadanie ważne z dwóch powodów.

Pierwszym jest to, że przeważnie krytyczna publicystyka krążąca w postaci książek lub artykułów koncentruje na zachodniej rzeczywistości, która jest mimo wszystko bardziej unormowana niż nasza polska. W Polsce psychologiem może być każdy nawet bez studiów i nie ma żadnych kar za prowadzenie praktyki bez wykształcenia. W psychoterapii i szkoleniach pełno nienaukowych podejść takich jak NLP, ustawienia Hellingera czy różnego rodzaju „doradztwa filozoficzne” i coachingi, gdzie standardy pracy są zupełnie nieunormowane. Wiele jest także podejść z długą tradycją i tworzonych przez rzeczywistych psychologów, ale wciąż ledwo lub wręcz nietkniętych przez świat nauki, jak Gestalt, terapia psychodynamiczna i systemowa – mamy dużo rozważań nad naturą człowieka i potencjalnego wpływu na niego, ale nie zostało to poddane rygorystycznej analizie. Zatem niektóre z powyższych są kompletnie beznadziejne, obalone lub wręcz groźne, innym brakuje być może silnego społeczeństwa naukowego, które by pomogło oddzielić owoce od chwastów i pchnęło szkoły z silną tradycją na konkretniejsze tory. Rygorystyczny naukowy nadzór pozwala zbadać, co działa w terapii, a co nie działa. Oddziela to śmieci od skarbów, skutkując ostatecznie lepszymi wynikami terapii i wyższą jakością życia klientów.

Opisywanie nadużyć i nieścisłości w psychoterapii jest zatem społecznym mechanizmem obrony przed groźnymi zjawiskami pod nieobecność ściślejszych, odgórnych mechanizmów kontroli jakości.

Drugim powodem ważności naświetlania nadużyć jest – przy braku formalnych reguł uprawiania zawodu w Polsce – troska w stosunku do samego siebie, którą musi wykazać się potencjalny lub aktualny klient. Im lepsza wiedza na temat tego, czym się kierować szukając porady lub terapii, tym większa szansa na sukces, a niższa na utratę pieniędzy i zdrowia.

Ten artykuł koncentruje się wokół troski o dobro klienta, a został zainspirowany cytatami z tego wpisu. Warto najpierw przeczytać ten tekst, a potem wrócić tutaj.

Mocne, prawda? Po takim czymś aż odechciewa się iść gdziekolwiek do specjalisty, bowiem trzeba się przygotować na pogorszenie stanu, uzależnienie od terapeuty, utratę szacunku do siebie, pogłębienie depresji, objawów psychotycznych, a ostatecznie na samobójstwo.

Czytając to nie byłem w stanie otrząsnąć się z wrażenia, że słowa, które przeczytałem, mają zbyt medialny charakter – są nakierowane na konkretną emocjonalną reakcję, a przez to ukazują tylko jedną stronę tej kwestii. To oczywiście coś, czego można oczekiwać po blogu, który służy właśnie do rzęsistej krytyki, ale jednocześnie ostre stanowisko tu prezentowane ociera się o luddyzm. Luddyści byli ruchem rzemieślników, którzy na początku XIX wieku niszczyli maszyny ze strachu przed utratą popytu na pracę ich rąk, a współcześnie tym mianem określa się osobę, która reaguje alergicznie i z nieproporcjonalną siłą na daną klasę sytuacji. Chciałbym wchodząc w polemikę z artykułem autorki zaprezentować bardziej wyważone i nastawione na praktyczne wskazówki stanowisko, które ułatwi korzystającym lub planującym skorzystać z psychoterapii kontrolowanie jej przebiegu oraz pomoże podjąć sensowną decyzję w kwestii doboru odpowiedniego sposobu pracy.

Z uwagi na długość tekstu o naukowych podstawach terapii napiszę kiedyś indziej, a tutaj skupiam się wyłącznie na relacji między klientem i terapeutą. Najwięcej przykładów będzie wiązać się z Terapią Akceptacji i Zaangażowania (używany angielski skrót to ACT), ponieważ sam jestem przedstawicielem tego nurtu i mam na ten temat bezpośrednią wiedzę. Istnieją także inne podejścia identyfikujące się z nauką, z których w Polsce do popularnych należy terapia poznawczo-behawioralna (używany angielski skrót to CBT). Zarówno ACT i CBT należą do stuletniego już nurtu psychoterapii behawioralnej, a różnią się podejściem do myśli i emocji.

Terapeuta CBT będzie pracował z klientem wychodząc z założenia, że wiele jego myśli jest przesadzonych, jest wynikiem błędu w ocenie, szukając okazji do weryfikacji ich i zdobycia bardziej zdroworozsądkowego podejścia do życia. Jest to podejście redukcyjne – jego bezpośrednim celem jest jak najmniej nieodpowiednich myśli, a pod tym zawarta jest idea, że jeśli będzie ich mniej, to łatwiej będzie podejmować życiowe wyzwania.

Terapeuta ACT wychodzi z założenia, że umysł jest kształtowanym przez ewolucję narzędziem, które ma nas chronić przed zagrożeniem – w wymagających sytuacjach będzie zatem bił na alarm produkując trudne emocje i myśli, dokładnie wtedy, kiedy najbardziej zależy nam na tym, aby było ich jak najmniej. Proces terapeutyczny będzie zatem uczył nie tyle pozbywać się ich, co efektywnie działać w ich obecności. Jest to podejście oparte na akceptacji – jego bezpośrednim celem jest budowanie gotowości do przeżycia wszystkich uczuć i myśli w imię pełnego, zgodnego z indywidualnymi wartościami życia.

Wracając z tej dygresji do głównego tematu – niewątpliwie najistotniejszym dla klienta wnioskiem z psychokitowego artykułu jest to, że terapia rzeczywiście może nie działać lub iść źle. Odpowiedzialność leży po obu stronach i może wiązać się z różnymi aspektami pracy.

Granice i wartości

Jako klient należy trzymać rękę na pulsie i w razie czego dzielić się swoimi przemyśleniami z terapeutą oraz uważnie obserwować jego reakcję. Psychoterapeuta także jest człowiekiem, którego spotykasz często na jedną do dwóch godzin w tygodniu, polegającym w dużej części na tym, co sam lub sama mu powiesz – brak wiedzy na twój temat i zachodzących zmian może utrudnić reagowanie i dostosowanie doń sesji. Jednocześnie są rzeczy, których terapeuta robić nie powinien. Jedną z nich jest sprzedaż rad na temat tego, jak powinno się żyć. W artykule mamy taki fragment:

Podczas różnych programów radiowych poświęconych poradnictwu wielu rozmówców opowiadało mi o swoich małżonkach, którzy podporządkowywali się radom terapeutów, nieraz aż do rozkładu życia rodzinnego. Rodziny się rozpadały, żony opuszczały mężów, dzieci powierzano opiece dalszych krewnych, wszystko zgodnie z zaleceniami doradców, którzy przed ich udzieleniem nie skontaktowali się z żadnym członkiem rodziny poza swoim pacjentem.

W najprostszym przypadku poradnictwo może wpłynąć na zmianę rodzinnych lub zawodowych relacji pacjenta, lecz nie mieć skutków dla całej społeczności.

Uważam, że poradnictwo powinno uwzględnić dualność ludzkiej egzystencji – czyli fakt, że mamy zarówno potrzeby jak i zobowiązania. Musimy przyjmować do wiadomości nie tylko te aspekty życia, które niosą osobistą gratyfikację, lecz także potrzebę przynależności i wzajemne obowiązki, które wiążą ze sobą członków społeczności. Natomiast terapeuci z reguły wysłuchują tylko jednej ze stron – swojego pacjenta. Całkowicie ignorują szersze uwarunkowania etyczne, choćby sytuacje, w których pacjent powinien poświęcić swoje interesy dla dobra innych.

Raj Persaud, autor cytatu, przestrzega przed słuchaniem destrukcyjnych rad, ale zarazem pod sam koniec mówi o tym, że korzystający z usługi powinien w danej sytuacji zrobić to a to, musimy robić to a to. To solidna niekonsekwencja – kto określa, co powinien ktoś robić, a czego nie powinien? Klient? Terapeuta? Rodzice? Inni ludzie? Telewizja? Politycy? Kościół? Raj Persaud? Stanowisko prezentowane przez Persauda nazywamy obiektywizmem etycznym – to wiara w to, że istnieją nadrzędne zasady moralności, których należy się trzymać, że ich przestrzeganie jest dobre, a nieprzestrzeganie złe.

Z perspektywy psychoterapeuty takie stanowisko jest dość problematyczne. Rolą terapeuty ACT (i nie tylko tej orientacji) jest pozwolić klientowi odkryć własne wartości, a nie narzucać coś z zewnątrz – w istocie narzucanie ich z zewnątrz jest czymś, co często każdy z nas przechodził, a niektórzy do tego stopnia, że sami nie wiedzą, co jest istotne i jak żyć samodzielnie. Czy terapeuta okaże się kolejnym biczownikiem, mówiącym za klienta, co jest dla niego właściwie? Czy ułatwi klientowi raczej odkrycie i realizację własnej moralności? Przecież tak często część tego, w co sami wierzymy, nie jest zgodna z tym, co wpajają nam rodzice, autorytety i kolorowe media.

To nie jest prosta sprawa zwłaszcza z tego powodu, że wymaga, aby terapeuta czasem łapał swoje własne myśli i tendencje na gorącym uczynku. Przykładowo, podczas jednej sesji klient mówił o tym, że chce się jak najbardziej odizolować i uniezależnić od swojej rodziny, o której uważał, że wpływa na niego destrukcyjnie. W tej chwili przez uszy przejechał mi pociąg z myślami – „Jak to, tak zupełnie? Przecież to rodzina!” Skrajna postawa klienta wywołała we mnie silną emocjonalną reakcję. Stąd są dwie drogi – popłynąć na tym i skarcić klienta za posiadanie innego zdania na temat roli rodziny w życiu, albo przyjąć do wiadomości, że są różni ludzie, różne historie i różne światy, dopytując najwyżej w taki sposób, który pozwoli tak ogólną postawę tarana uszczegółowić, doprecyzować – ostatecznie może się okazać, że osobiście dla mnie smutne oddalenie się będzie długo oczekiwanym zwycięstwem dla klienta, a samo przekierowanie się raczej odtworzeniem balansu niż wylaniem dziecka z kąpielą. Lub nie – któż może przewidzieć przyszłość? Cały czas jednak moment decyzyjny jest po stronie klienta.

To wysoce ambiwalentna sytuacja, jakich pełno w życiu – nie wyobrażam sobie mówić komuś, co ma wybrać, ponieważ nie jestem (nawet jeśli bardzo bym chciał) w stanie także przeżyć konsekwencji takich decyzji. Klient ma swoją własną wolę, autonomię i jeśli na jej podstawie wybiera zostać w związku lub rozwodzić się, to jest to wyraz jego wartości. Rolą terapeuty jest ułatwić dotarcie do nich oraz pomóc w tym, by tak ważne decyzje nie były realizowane na podstawie lęku, automatycznych myśli lub przelotnych impulsów. Zatem jeśli czujesz, że terapeuta próbuje tobą sterować, warto mu to zasygnalizować, akcentując, co dla ciebie ważne i dlaczego jest to problemem. Sensowna dyskusja na temat własnych granic sama w sobie może być wzmocnieniem i wiedzą o tym, co dla klienta ważne oraz o tym, jak dbać o siebie w konstruktywny sposób.

Psychoterapeuta natomiast sam musi się mieć na baczności – własne przekonania nigdy nie są problemem same z siebie (wszyscy różnimy się pod jakimś względem), jednak musi mieć na nie oko, by nie narzucać ich temu, kto przecież korzysta z usługi po to, aby żyć własnym życiem, a nie czyimś, niezależnie jak bardzo wydaje się innym, że ich przekonania są lepsze i bardziej właściwe. Nie ma też nic złego w przeproszeniu klienta, jeśli samemu się zagalopuje w jakiś zaułek – podczas terapii spotyka się mimo wszystko dwoje podatnych na błędy, ale zazwyczaj chcących jak najlepiej ludzi, a postępy terapeutyczne to nieraz trzy kroki do przodu i dwa do tyłu.

Zbyt długa terapia

Dużo uwagi w krytycznym artykule poświęcono uzależnieniu się od terapeuty oraz nadużywaniu swojej pozycji w imię dojenia z pieniędzy. Jedną z paradoksalnych cech sytuacji, w której jest terapeuta, jest to, że wspólna praca wymaga szczerej i bliskiej relacji, a jednocześnie jego zadaniem jest, aby klient jak najszybciej przestał go potrzebować – w przypadku Terapii Akceptacji i Zaangażowania chodzi o to, aby uporządkował swoje sprawy, nauczył się nowych umiejętności radzenia z emocjami, myślami i wrażeniami z ciała, odkrył lub doprecyzował swój system wartości oraz zaczął wedle niego działać. Ogólnie takie umiejętności nazywa się elastycznością psychiczną, a na stronie dostępny jest test, który ją mierzy i pozwala na uproszczoną interpretację wyniku.

Najlepiej ujęto rolę osób służących zdrowiu w starożytnych Chinach, gdzie lekarzowi płacono do czasu, aż się nie zachorowało – kurek pieniędzy (lub jego starożytny chiński ekwiwalent – strumyk) odkręcano dopiero, kiedy ktoś wracał do zdrowia. Współcześnie takich mechanizmów się nie stosuje i terapeuta oraz klient sami muszą mieć oko na progres. Trafiłem kiedyś na urzekające w swej prostocie zdanie: „Jeśli terapia trwa zbyt długo, to prawdopodobnie temu, że nie działa.” Dlaczego może nie działać? Powodów może być kilka.

Patrząc od strony terapeuty. Czy monitoruję przebieg sesji? Wielu psychologów ma awersję do uwzględniania w swojej praktyce testów psychologicznych, ponieważ „liczby nie oddają pełni człowieka”. „ 120kg” nie oddaje pełni człowieka, natomiast może być przydatne do określenia, czy ktoś cierpi na otyłość, a udawanie, że ta ujęta w liczbach wiedza jest bezużyteczna, może być ignorowaniem czegoś tak istotnego jak ryzyko dla zdrowia lub mechanizmy radzenia sobie ze stresem oparte na destrukcyjnym objadaniu się. Tak samo przy mniej namacalnych psychicznych cechach, które mierzą profesjonalne testy – ich ocena podczas terapii może dać dużo nowych danych i przemyśleń. Pozorny brak progresu może okazać się stopniową ewolucją, a pozorny progres – tkwieniem w miejscu.

Dobrym pomysłem jest superwizja – nadzór nad prowadzoną sesją przez bardziej doświadczonego terapeutę. Nie zawsze jednak ma się dostęp do niej i wtedy dobrą alternatywą jest superwizja rówieśnicza, gdzie kilku terapeutów spotyka się na żywo lub na Skype i dyskutuje o swoich trudnościach, słucha fragmentów sesji (tylko jeśli klient wcześniej zgodził się na nagranie i użycie jej w takim celu), oferując sobie wzajemnie pomysły, wsparcie i dzieląc się doświadczeniem. To trochę straszny proces i jednocześnie bardzo owocny – łatwo zauważyć, że wymaga elastyczności, otwartości i akceptacji trudnych emocji ze strony samego terapeuty.

Patrząc od strony klienta. Czy sumiennie przenoszę wiedzę z terapii do życia? Terapia Akceptacji i Zaangażowania to nie tylko rozmowa, ale jest ona pełna ćwiczeń uczących konkretnych umiejętności, które można wykorzystywać w praktyce, a także pracy nad wartościami, które mogą zaistnieć w działaniu tu i teraz pomiędzy sesjami. Właśnie ten element praktyki, przenoszenia w życie tego, co dzieje się podczas sesji, jest bardzo istotny. Sam Persaud, mając na myśli prawdopodobnie podejścia terapeutyczne, w których głównie się rozmawia o przeszłości i „wyjaśnia”, wspomina o ludziach, którzy „zajmują się interpretacją swoich wyobrażeń o związkach, zamiast po prostu podtrzymać związki z ludźmi”. Rozmowa, wgląd, świetne pomysły – to wszystko jest kulawe bez zmiany słowa w ciało.

Zdarza mi się, że klient mówił o tym, że tydzień minął mu beznadziejnie i po krótkiej rozmowie wychodzi, że nie ćwiczył i nie wykorzystywał niczego, co robiliśmy na sesji, zamiast tego wybierając dokładnie to, co robił wcześniej i co sprawiło, że zaczął potrzebować pomocy specjalisty. Jeśli będziesz robić cały czas to samo, będziesz otrzymywać te same rezultaty i nie jest to żadne zaskoczenie. To spostrzeżenie prowadzi nas do ostatniego punktu: odpowiedzialności.

Odpowiedzialność

Psychoterapia, długie mądre rozmowy, czasem pomogą, ale równie dobrze mogą funkcjonować jako kolejne narzędzie w repertuarze uników klienta. „Jestem pod psychoterapią, to fachowa opieka, terapeuta taki mądry, rozumie mnie, robimy «coś», to bardzo mądre i wiem więcej, jest coraz lepiej…” Tylko wciąż nie jem, odkładam ważne sprawy, nie odzywam się do tej ważnej dla mnie osoby. „Ale ten terapeuta na pewno wie, co ze mną zrobić!”

Psychoterapeuta nie jest jednak chirurgiem, który na nieświadomym obiekcie wykonuje operację pod znieczuleniem, a po pobudce wszystko jest lepiej. Nie jest też władcą marionetek, który rusza nogami i rękami klienta oraz podkłada głos. Z pewnością niejeden terapeuta chciałby mieć taką moc i pomagać wszem i wobec, ale – korzystając z popularnego języka – nie ma bata.

Jest taka metafora dwóch gór – klient wspina się po jednej, terapeuta po drugiej. Z jednej góry widać lepiej niebezpieczeństwa drugiej, ale nikt nie ominie ich za drugą osobę – każdy ma swoją drogę do przejścia. W istocie to, co dzieje się podczas spotkań i pomiędzy nimi to nieraz ostre wychodzenie poza strefę komfortu klienta. Najskuteczniejsza terapia lęku, wykorzystywana jako istotny element w wielu podejściach, to terapia ekspozycyjna, gdzie klient uczy się wchodzić w to, czego unika, w imię czegoś ważnego (stąd nazwa – ekspozycja na coś, czego ta osoba się boi), rezygnując jednocześnie z zachowań zabezpieczających, redukujących sztucznie kontakt z emocjami.

Przykładowo ktoś cierpiący na obsesyjne myśli o zabrudzeniu i wyolbrzymiając ryzyko choroby, kto dotychczas kontrolował to przez wielogodzinne mycie, uczy się wychodzić z dzieckiem na dwór pograć w piłkę, zostawiając w domu płyn do dezynfekcji rąk. Ktoś inny może odkładać ważne, choć czasem/często/zawsze nudne, frustrujące, męczące zajęcia (ocena ich nie musi być błędem, może być w 100% trafna) i na krótką metę to wiele przyjemniejsze. Na dłuższą – odkładanie kończy się pozostaniem w jednym punkcie życia przez tydzień, miesiąc, rok, dziesięć lat. Podczas praktyk w szpitalu spotykałem ludzi, którzy tkwili w tym samym psychicznym bagnie od 30-40 lat, patrząc na przeszłość z żalem i wciąż powtarzając ten sam schemat działania, wracając co jakiś czas na kilka miesięcy na oddział zamknięty. Jeśli ktoś chce dokądś dopłynąć, musi nauczyć się pływać, zamiast czekać aż woda zniknie i każda dobra psychoterapia wiąże się wychodzeniem poza sferę komfortu. Udawanie, że odpowiedzialność za działanie spoczywa na innych, jest tym, co zmienia nawet najlepsze sesje w uciążliwe dla obu stron męczenie buły. Żadna relacja międzyludzka nie jest na dłuższą metę do ciągnięcia przez jedną osobę i to tyczy się także współpracy między klientem i psychoterapeutą.

Podsumowanie

To kilka przemyśleń na temat dołków, w które mogą wpadać klient i terapeuta. Myślę, że to użyteczne uzupełnienie wątpliwości na ten temat – trochę bardziej wyważone niż gromy oburzenia podkreślające przede wszystkim czarne strony korzystania z tej usługi, ale także lepsze niż ślepy zachwyt. Zachęcam wszystkich do korzystania z naukowych podejść terapeutycznych – Terapii Akceptacji i Zaangażowania lub poznawczo-behawioralnej. Przy zachowaniu odpowiednich zasad BHP może być to fascynujące i zmieniające życie doświadczenie.

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


3 odpowiedzi na “Przeciw psychoterapii: dyskusja”

  1. Radek napisał(a):

    Twój punkt widzenia wydaje mi się faktycznie bardzo wyważony i uczciwy. Również to, jak wyplątujesz psychoterapię z czarno-białej etycznej siatki absolutnie „dobrych” i „złych” wartości, które należy klientowi wpoić bądź wybić z głowy.

    Z mojego bardzo ograniczonego doświadczenia wynika, że to kwestia odpowiedzialności za terapię ma spore szanse być słabym punktem, zwłaszcza, kiedy osoba zwracająca się „po pomoc” szuka wygodnego, szybkiego rozwiązania problemu za nią (swoją drogą właśnie takie nastawienie może być mocno powiązane z problemem danej osoby, która nie chce lub nie potrafi zmierzyć się z trudniejszym aspektem życia).

    Co do suchych liczb i „pełni osoby” – wskaźnik na wadze mimo wszystko trudniej oszukać (choćby nieświadomie) niż narzędzia do diagnozy, i te „self-report”, i te pozostałe, ale wydaje mi się, że miałeś na myśli raczej uzyskanie poglądowej wiedzy gdzie mogą tkwić potencjalne problemy, niż traktowanie wyników testów jako obiektywnej, ostatecznej oceny klienta.

    Z czystym sumieniem mogę Cię polecać znajomym :)

  2. Psycho-kit napisał(a):

    tak, bardzo wyważone stanowisko i wiele rzeczy mi się w nim podoba. Zgadzam się z potrzebą uporządkowania sfery pomocy psychologicznej, podoba mi się postulat terapii jako szeroko rozumianej współpracy, waga działania i samoopieki. Uwagi mam do relatywizmu, (mitu) neutralności terapeuty, niedostrzegania losowości w procesie terapeutycznym i jego głębokiego paradoksu. Persaud pisze o pewnych zaobserwowanych rzeczywistych zjawiskach, o możliwych rezultatch terapii sprawdzonych, superwizowanych etc- myślę że nie ma co chować przed faktami głowy w piasek, tak jak nie ma co udawać, że istnieje „terapia światopoglądowo neutralna”
    Pełna odpowiedź tutaj: http://psycho-kit.pl/?p=3959

  3. ananimowy napisał(a):

    to nie prawda, ze psychologiem moze zostac kazdy. psychologiem jest ktos kto skonczy 5 letnie studia magisterskie. Natomiast fakt, ze terapie moze prowadzic nawet hanibal lecter to juz paradoks.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót