„Histeria” oraz dziwna historia wibratorów

Przetłumaczył Bartosz Kleszcz

Zacznij rozmawiać o wibratorze, a większość ludzi od razu pomyśli o seksualnej przyjemności, jaką może czerpać z takiego kobieta. Nie ma co się dziwić: wedle wyliczeń jedna trzecia dorosłych Amerykanek posiada przynajmniej jeden. Stymulacja łechtaczki wibratorem skutkuje pewnym orgazmem u kobiet mających trudności z doświadczeniem ich inną drogą, a kobiety często z nich korzystające spójnie na przestrzeni wielu badań relacjonują wyższą jakość seksu zarówno z partnerem, jak i bez niego.

Jak na ironię, seksualna przyjemność kobiet była ostatnią rzeczą, jaka przyszła do głowy męskim lekarzom, którzy wynaleźli prawie dwa wieki temu wibrator. Główną kwestią zajmującą ich było opracowanie urządzenia, które oszczędziłoby im zmęczenia rąk, wynikłego z manualnej stymulacji ogromnej ilości kobiet, które w XIX w. ustawiały się w kolejkach na leczenie „histerii”, niejasno sformułowanej dolegliwości, którą współcześnie możemy z łatwością określić jako seksualną frustrację. Oto niecodzienna opowieść, dzięki której wnikniesz w dziwactwa zarówno historii seksualnych zabawek, jak i kulturowych przekonań na temat kobiecej seksualności.

Aż do XX wieku mężczyźni w Europie i Ameryce – wliczając w to lekarzy – wierzyli, że kobiety nie doświadczały pociągu seksualnego ani płynącej ze stosunku przyjemności. Wierzyli, że dama jest po prostu cielesnym zbiornikiem na męską żądzę, a seks kończący się męskim wytryskiem zaspokajał ich wszystkie erotyczne potrzeby. Wychowywano kobiety w wierze, że „damy” nie czują żadnego pociągu i że seks wiąże się tylko z zapewnieniem przyjemności mężowi oraz prokreacją.

Trudno się dziwić, że takie poglądy sprawiły, że legiony kobiet odczuwały silną frustrację seksualną. Narzekały lekarzom na napady lęku, senności, irytacji, nerwy, erotyczne fantazje, uczucie ciężkości w podbrzuszu i wilgoć między nogami. Ów syndrom zyskał nazwę „histerii”,  co jest greckim określeniem macicy.

Udokumentowane narzekania na kobiecą histerię datuje się już na XIII wiek. Lekarze tych czasów rozumieli, że kobiety także miały swoje libido i zachęcali je, aby radzić sobie z frustracją za pomocą dilda – podłużnego narzędzia do stymulacji. W XVI wieku lekarze zalecali zamężnym histeryczkom wodzenie swych partnerów na pokuszenie. Niestety, prawdopodobnie takie rozwiązanie nie pomogło wielu żonom, ponieważ współczesne badania nad seksualnością pokazują, ze tylko 25% kobiet doświadcza regularnego orgazmu wynikającego z samego stosunku. Trzy czwarte potrzebuje bezpośredniej stymulacji łechtaczki, w co większość stosunków nie obfituje. Aby zaspokoić histerię, której nie dało rady małżeńskie pożądanie, a także u wdów, niezamężnych oraz zamężnych nieszczęśliwie lekarze polecali jazdę konną, która niektórym dostarczała wystarczającą ilość stymulacji łechtaczki, by zaowocować orgazmem. Nie było to jednak rozwiązanie masowe, a w wieku XVII dildo także wypadło z obiegu, ponieważ arbitrom moralności udało się zdemonizować masturbację jako „nadużywanie ciała”.

Na szczęście pojawiła się pewna i akceptowalna społecznie metoda leczenia. Lekarze lub położne smarowały damskie genitalia olejem roślinnym, a następnie masowali je jednym lub dwoma palcami w środku oraz wnętrzem dłoni po łechtaczce. Dzięki takiemu masażowi kobiety dostawały orgazmów i przechodziły przez dramatyczne uzdrowienie, pozbywając objawów histerii. Lekarze nie nazywali jednak żeńskiego szczytowania orgazmem – właściwą nazwą był „paroksyzm”, ponieważ każdy wiedział, że kobiety nie były zdolne do seksualnych uczuć, a zatem i do orgazmów.

W XIX wieku paroksyzmy z ręki lekarza były solidnie zakorzenione w Europie i USA, skutkując dla wielu z nich finansowym zbawieniem. W owych czasach lekarze byli traktowani z ogromną rezerwą. Medycyna była w najlepszym razie na prymitywnym poziomie, a większość z praktyków nie miała naukowego wykształcenia. Ich standardowa metoda pracy – upuszczanie krwi – zabijała częściej niż pomagała. Dzięki masażowi genitaliów histeria stała się jedną z niewielu chorób, które lekarze mogli skutecznie leczyć, a owocem tego była kolejka wdzięcznych kobiet z kartą stałego klienta, chętnych płacić za dodatkowe sesje. By dowiedzieć się więcej na ten temat przeczytaj „Drogę do Wellvill” T.C. Boyle’a lub zobacz film na podstawie książki.

Niestety dla niosących leczenie histeria miała skutki uboczne – bolące i napięte od masażu palce oraz dłonie. Czytając medyczne czasopisma z początków XIX wieku można niemalże słyszeć lament zajmujących się histerycznymi kobietami z powodu limitów fizycznej wytrzymałości lekarzy. Przewlekłe przemęczenie rąk oznaczało, że część lekarzy z trudnością utrzymywała proces leczenia na tyle długo, aby skutkował on pożądanym (i lukratywnym) wynikiem.

Potrzeba matką wynalazku – rozpoczęły się poszukiwania mechanicznych substytutów. Próbowali z wieloma urządzeniami, wśród nich takie na wodę (dziadkowie obecnych wodnych stymulatorów), pompowanych, a nawet na parę. Były one jednak nieporęczne, brudzące, często nie można było na nich polegać, a czasem były źródłem niebezpieczeństwa.

Nadszedł zmierzch wieku XIX, a wraz z nim w wielu amerykańskich domach pojawiła się elektryczność, a wraz z nią pierwsze urządzenia na prąd: wiatrak, toster, czajnik oraz maszyna do szycia. W 1880, na ponad dziesięć lat przed wynalezieniem elektrycznego żelazka i odkurzacza, przedsiębiorczy angielski lekarz, dr Joseph Mortimer Granville, opatentował elektromechaniczny wibrator.

Wibratory, zarówno te na wtyczkę, jak i późniejsze na baterię, stały się natychmiastowym hitem. Owocowały szybkim i regularnym paroksyzmem tak często, jak tylko chciała jego użytkowniczka. Kiedy tylko kobiety zaczęły kupować sprzęt na własną rękę, podczas wczesnych lat XX wieku, lekarze stracili monopol na leczenie histerii. Stało się to za pośrednictwem wielu reklam w popularnych magazynach kobiecych oraz w katalogu Sears & Roebuck, Amazonie tamtych czasów.

Jednakże aby przejść przez filtr społecznej cenzury ich prawdziwe użycie było maskowane – zwano je „osobistymi masażerami” (i wciąż tak się je czasem określa). Kobiety oraz reklamodawcy świetnie jednak wiedzieli, o co z nimi chodziło. Jedna z reklam w katalogu Searsa z 1903 zachwala „cudowny towarzysz… wszystkie przyjemności młodych lat… będą pulsować w twoim wnętrzu…”

Wprawie elektryfikacja dała kobietom domowe wibracje, ale w ciągu kilku dziesięcioleci także prawie je zabrała. Filmy wynaleziono w roku 1890, a już rok później kręcono pierwszą pornografię. Podczas lat 20. XX wieku wibratory także zagościły na ekranach, zrzucając ich przebranie i okrywając złą sławą. Reklamy ich zniknęły z popularnych gazet, a aż do lat 70. trudno było je gdziekolwiek znaleźć. Uległo to zmianie wraz z pochodem feminizmu oraz produkcją pierwszych egzemplarzy Magic Wand (Magicznej Różdżki) firmy Hitachi, najpopularniejszego wibratora aż do czasów współczesnych.

Obecnie można przebierać w dziesiątkach egzemplarzy: na wtyczkę, na baterie, wodoszczelne, duże, małe oraz malutkie podróżnicze („naboje”). Jedna trzecia dorosłych Amerykanek ma przynajmniej jeden, wiele ma kilka, a około połowy posiadaczy korzysta z nich podczas seksu z partnerem. I pomyśleć, że mamy to wszystko dzięki zmęczonym dłoniom lekarzy.

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót