Wszyscy pływamy w tej samej zupie

Przetłumaczył Bartosz Kleszcz

Spędziłem ostatnie dwa tygodnie z dala od domu, prowadząc warsztaty w innym kraju dla osób, które chcą się nauczyć, jak wykorzystać ACT do pomagania innym. Opuszczenie dzieci i żony, aby zająć się pracą, było trudną decyzją, ale ostatecznie zdecydowałem się właśnie na to  i myślę, że nie był to aż taki kompromis w stosunku do moich wartości związanych z rodziną. Zarówno żona i dzieci mocno mnie w tym wspierali – mimo tego tak daleki wyjazd z dala od nich sprawia, że człowiek zaczyna myśleć o różnych, głównie nieprzyjemnych, rzeczach . Tak samo było rok temu, kiedy pożegnałem się z żoną na lotnisku i wyjechałem na warsztaty. Użalałem się nad sobą przez całą drogę od bramek do samolotu, a mój umysł karmił mnie różnymi ponurymi wizjami oraz myślami spod znaku „co jeśli”. Co jeśli coś mi się stanie albo mojej żonie i dzieciom, co wtedy? Co ciekawe, każdemu z nas udało się to przetrwać. Tego roku żona zaoferowała, że podwiezie mnie na lotnisko, ale z kilku powodów nie skorzystałem – jednym z nich był naturalny ból pożegnań, przez który musiałbym przechodzić dwukrotnie. Myślę, że to dobre rozwiązanie i dzięki niemu nie musiała jechać z dziećmi w dwie strony po 20 kilometrów w niedzielę wieczorem.

Nazwałem ten wpis “jesteśmy wszyscy w tej samej zupie” z konkretnego powodu. Mój umysł i ciało ciągle dają mi informację zwrotną na temat tego, co robię, albo (co gorsza) na temat tego, czego nie robię. Czasem taki raport z działania może być pomocny i powinniśmy mu poświęcić trochę uwagi, zwłaszcza kiedy doświadczenie mówi nam, że może nam stać się jakaś krzywda. Jednakże podczas tego wyjazdu nic takiego nie miało miejsca, a mimo tego czułem specyficzny ból, a oprócz tego też coś żywotnego. Kiedy poruszamy się w kierunku, na którym nam zależy, ryzykujemy właśnie obecnością tego rodzaju bólu. W rzeczy samej, zacząłem od jakiegoś czasu traktować jego obecność jak coś, co może mnie nauczyć, na czym mi zależy.

 Wszyscy mamy też bolesne wspomnienia. Ja z pewnością mam ich wiele i sam nie wiem, co mnie powstrzymuje od tego, by kupić bilet do Hollywood i porozmawiać o materiale na film. Czasem te wspomnienia pojawiają się, jakby ktoś puszczał stare powtórki w zakurzonym kinie, w którym puszczają całe moje życie z taśmy. W tej dziedzinie odkryłem, że to użyteczne traktować siebie samego jak ekran, na którym wyświetlają sumę moich życiowych doświadczeń. Oznacza to, że nie jestem tymi doświadczeniami, tymi filmami. Są one na mnie odgrywane, ale nie są mną. To daje mi przestrzeń, z której mogę się im przyglądać i patrzeć, czego mogę się o sobie nauczyć – nie ma tu żadnych wrogów. Ból, może. Ale nie wrogowie, chyba że przesunę wajchę na traktowanie w chwili obecnej wspomnień  jak demonów, które trzeba przezwyciężyć. Moje doświadczenie mówi mi, że popadam w tarapaty za każdym razem, kiedy wciągnę się w wir takiej walki, zwłaszcza jeśli chodzi o realizację moich najgłębszych pragnień.

 W drodze powrotnej zatrzęsło poważnie samolotem, mieliśmy solidne turbulencje. Mimo że nie jestem jedynym, który często korzysta z usług linii lotniczych i którego cieszy sam faktu lotu, trochę się przestraszyłem i miałem ku temu powody. Mimo tego całego pobudzenia doświadczenie to pozostawiło mi jednak wybór, jak się odnieść do tych nieprzyjemności. Samolot i piloci wykonali swoją pracę, a ja swoją – zauważyłem ów nieprzyjemny stan, przyznałem, że nie ma niczego, co jestem w stanie uczynić ze strugami powietrza hulającymi nami, i zająłem się przeglądaniem filmów do oglądania na pokładzie, kiedy wichry wstrząsały nami do góry i na dół. Zadziałało – obejrzałem świetny film „Bucket List” z całym tym zamętem w tle. Sam film opowiada wiele o życiu własnym życiem i wyborze tego, na czym ci zależy, niezależnie od tego, co przydarza się po drodze. Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów – obaj główni bohaterowie są śmiertelnie chorzy i postanawiają realizować swoje marzenia nawet kiedy horyzont jest już bardzo blisko.

Teraz siedzę już w domu. Moja podróż pokazała mi na wiele sposobów, że wszyscy jesteśmy ludźmi, wszyscy mamy tendencję do wpadania w sidła własnych umysłów, starych historii i emocji. Najmądrzejszą rzeczą, jaką możemy zrobić, co jest czymś, czego uczymy podczas Terapii Akceptacji i Zaangażowania, jest koncentrować swoją uwagę na głównej nagrodzie. Nasz ból może być naszym największym nauczycielem lub największym wrogiem – wszystko zależy od tego, jak się do niego odnosimy. Samo zdanie sobie z tego sprawy było dla mnie głębokim momentem. Ja, twórca mojego życia, mogę zawsze wybrać to lub to, niezależnie od tego, czym może karmić mnie mój umysł i co może do mnie krzyczeć moje ciało.

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót