Zaprzeczenie kontra obecność

Przetłumaczyła Patrycja Kwiatkowska

Zaprzeczenie to coś, co przytrafia się nam jeszcze w dzieciństwie, gdy każe się nam kontrolować nasze emocje, zwłaszcza te negatywne – obawę, strach, złość i im podobne. W niektórych rodzinach to zjawisko pojawia się częściej niż w innych. Jeśli regularnie ci się to przydarza i na dodatek jesteś bardzo wrażliwy lub wrażliwa emocjonalnie, możesz wyrosnąć na negującego siebie człowieka, podatnego na ciągłe, agresywne odrzucanie wartości swoich wewnętrznych przeżyć. W pewnym sensie zaprzeczasz swojemu podstawowemu prawu do odczuwania czegokolwiek – nawet do egzystowania w taki, a nie inny sposób.

Przeciwnością zaprzeczenia jest obecność. Obecność to akceptowanie siebie takim, jakim lub jaką jesteś, z całym wachlarzem myśli i uczuć, w jakimkolwiek miejscu w życiu byś się nie znalazł(a). Stwierdzasz, że twoje doświadczenia są istotne z samej racji tego, że ci się przytrafiły – i z żadnego innego powodu. Uświadamiając sobie tę prostą rzecz, utwierdzasz się w swoim prawie do istnienia.

Źródło negacji siebie

Negacja samej/samego siebie leży w naturze społeczeństw. Dzieje się tak, ponieważ większość z nas  została nauczona, że „ja” jest z natury bardzo społeczne – jak portret stworzony ze słów zebranych w opis, którego celem jest zadecydowanie o tym, kim jesteśmy, jak dużo jesteśmy warci, jak dobrze umiemy się wpasować itd. Ten słowny portret, w dużej mierze, jest wynikiem zamiarów innych ludzi – począwszy od wymagań naszych rodziców, opiekunów, kończąc na innych dorosłych znajdujących się w naszym otoczeniu, gdy rośniemy. Jeżeli w przyszłości mamy mieć problem z obecnością, to właśnie w dzieciństwie możemy znaleźć jego przyczynę.

Gdy angielski poeta Philip Larkin napisał w jednym ze swych znanych wierszy: „Spieprzyli cię rodzice, nie ma rady. Może nie chcieli, ale tak to jest.”, mówił o międzypokoleniowym i kulturowym przekazywaniu emocjonalnej powściągliwości i przez to właśnie o tytułowym zaprzeczeniu. Nieco bardziej techniczne wyjaśnienie niż te Larkina można znaleźć w książce Acceptance and Commitment Therapy: An Experimental Approach to Change (1999):

Regularnie i często mówi się dzieciom, że mogą i powinny kontrolować swoje negatywne stany emocjonalne. Nawet niemowlęta nierzadko są oceniane na podstawie tego, jak często ich doświadczają („Jest takim dobrym dzieckiem, prawie nigdy nie płacze”). W celu osiągnięcia wymaganej zdolności kontrolowania i tłumienia chociażby zewnętrznych oznak awersyjnych stanów emocjonalnych, często stosuje się kary i zachęty („Przestań płakać albo dam ci powód do płaczu”). Krewni i znajomi ze szkoły nieustannie wspierają celowe kontrolowanie myśli, wspomnień i emocji. Zdania typu: „Nie bądź dzieckiem!” lub „Po prostu zapomnij o tym” będą nierzadko poparte różnorodnymi społecznymi konsekwencjami (np. pobiciem, byciem zawstydzonym itp.). W tym wszystkim chodzi jedynie o to, że negatywne emocje u innych wywołują naszą chęć do uniknięcia ich, tak więc dzieci, by ograniczyć kontakt z nimi, często okazują uległość.

Rozległość negacji

Człowiek, który dorasta w takim otoczeniu, a który wiele lat później zauważa u siebie skutki jego działania w formie lęku, depresji lub innych zaburzeń psychicznych, może zauważyć, że jakaś porcja serwowanej samokrytyki jest częścią rozległego wzoru zachowań negujących. W moim przypadku, jeden z takich szablonów zachowań składał się z czegoś, co mój terapeuta trafnie nazwał „wrażliwością na odtrącenie”. To proste: mój umysł (robiąc to, co uważa za dobre dla mnie, oczywiście) nieustannie skanuje otoczenie i zachowania innych ludzi w poszukiwaniu znaków, że mnie nie lubią lub są na mnie źli. Wszyscy są w jego zasięgu. Mogę błyskawicznie przekonać samego siebie, że sprzedawca w supermarkecie nie polubił mnie, ponieważ nie udało mi się uśmiechnąć do niego we właściwym momencie, a jeśli przyjaciel zbyt długo nie oddzwania lub nie odpisuje na mój e-mail, jestem w stanie zadecydować, że na pewno robi to specjalnie i podnieść sobie ciśnienie, mając z tego tytułu naprzemienne napady depresji i szału. Kiedy jestem w swojej najsłabszej formie, nikt się nie uchowa przed moimi podejrzeniami – ciągle chodzę zły i zmartwiony. Żniwo, jakie zostało zebrane na polu mojego prywatnego i zawodowego życia, było oczywiście bardzo krwawe.

Widzę też innych, którzy negują siebie, nie zdając sobie z tego sprawy. Wielu z nich uważa się za wysokofunkcjonujących ludzi, którzy nie potrzebują żadnej terapii – może i ty czasem znajdujesz się w tej grupie. Jak często, gdy jesteś nieszczęśliwy, pełna obaw, czy też smutny, mówisz sobie „weź się i swoje emocje w garść”/ „nie ma powodu byś się tak czuł(a)”/ „musisz dorosnąć i przestać marudzić” / „wszystko będzie dobrze, jeśli tylko uda ci się pozbyć zdenerwowania, zastępując je pozytywnym nastawieniem”? Może myślisz, że twoje zmartwienia są egoistyczne i złe, ponieważ gdzieś w kraju Trzeciego Świata „ktoś umiera  z głodu”? Oznaczałoby to, że cierpienie ma związek wyłącznie z dobrami materialnymi. Jak często, z tych samych powodów, atakowałeś lub atakowałaś w ten niewinny sposób, swojego znajomego, partnera czy dziecko? Za każdym razem, gdy to robimy komukolwiek, praktykujemy zaprzeczenie. To, co myślimy, że jest drogowskazem moralnym, jest zaledwie uwewnętrznionym głosem rodzica lub innego dorosłego z naszego dzieciństwa. Głos ten wyraża jedynie jego własny strach przed emocjami – nic więcej.

Sposób na negację

Balsamem na zaprzeczenie jest medytacja uważnej świadomości (mindfulness). Możesz się jej nauczyć z jednej z nowych terapii tzw. ‘trzeciej fali’, takiej jak Terapia Akceptacji i Zaangażowania (ACT), Dialektyczna Terapia Behawioralna (DBT) lub też poprzez wiele form buddyzmu, jak np. popularny Zen. Założenie podstawowe jest takie samo.

W moim przypadku uświadomienie sobie rozległości wspomnianej „wrażliwości na odtrącenie” trwało naprawdę długo. Był to proces stopniowego zauważania identyczności wielu moich myśli generowanych w zdenerwowaniu – nie walczenia z tymi myślami, a nagradzania ich szacunkiem, gdyż są ważne; słuchania ich, ale niekoniecznie kupowania tego, co chcą sprzedać. To z kolei daje mi trochę więcej miejsca, by zobaczyć szablon moich zachowań i opóźnić reakcję, poczekać na bardziej stanowcze sygnały „za” i „przeciw” od ludzi dookoła mnie. Często czekanie sprawia, że moje pierwotne myśli okazują się być zupełnie mylne. Nic złego w tym, że były błędne. Moim celem nie jest ocenianie siebie – czy jestem dobry czy zły – ale stawanie się bardziej wprawnym i umiejętnym, jako człowiek. Moje podejrzliwe, wrażliwe na odtrącenie myśli mogą nie zniknąć w niedalekiej przyszłości, ale ich znaczenie ulega stopniowej zmianie, rozluźnieniu. Jak gdyby pięść w mojej głowie wciąż była zaciśnięta, ale stawała się coraz łatwiejsza do otworzenia.

To sprowadza mnie to obecności. Zapożyczyłem to określenie z innego kontekstu – często pojawia się w powiązaniu z aktorstwem i prezentacjami, mówiąc o energii, którą dana osoba nam przekazuje. Oznacza to, że naprawdę jesteśmy tutaj i nigdzie indziej. Obecność jest pielęgnowana naturalnie przez praktykowanie medytacji uważnej świadomości (mindfulness): uczymy się odbierać sygnały wysyłane przez nasze ciało, zamiast je ignorować; spędzać więcej czasu w tu i teraz, zamiast rozmyślać wyłącznie o tym, co nasz mózg podsuwa nam jako naszą przeszłość czy możliwą przyszłość. W obecności zawiera się jeszcze jeden aspekt, który pojawia się w odniesieniu do zaprzeczenia – to właśnie ten drugi punkt widzenia, odkryty całkiem niedawno, szczególnie mnie interesuje.

Role przyjmowane przez nas

To nic skomplikowanego – w byciu „tu i teraz” musimy wczuć się w wiele ról: rodzica, dziecka, przyjaciółki, partnera, outsidera, szefowej, pracownika itd. W gruncie rzeczy nasze role mogą być subtelniejsze, niż mogłoby się nam wydawać. Rzadko, o ile w ogóle, zdarza się nam nie przyjmować żadnej roli. Nawet jeśli w danym momencie w całości jesteśmy pochłonięci czytaniem, jedzeniem czy po prostu przechadzamy się ulicą.

Posuwając się w interpretacji metafory o krok dalej, możemy stwierdzić, że każda z ról jest wykonaniem, przedstawieniem, a my stoimy na scenie przed publicznością. Jakie to ma znaczenie dla obecności? Oznacza to, że aby w pełni wejść w rolę, musimy przejąć cały jej charakter – włączając w to wszelkie prawa związane z jej wykonywaniem. Jakże wielu z nas, stosujących zaprzeczenie, nieraz ze wszystkich sił pragnie stać się niewidzialnym lub zapaść się pod ziemię? To przez wstyd. Jeśli więc naszą rolą w danym momencie jest bycie dorosłym dzieckiem, rozmawiającym ze starszymi już rodzicami, posiadamy naturalne prawa z niej wynikające – dawania porad, słuchania, bycia odpowiedzialnym. Jeśli jesteśmy autorami, piszącymi dla innych i przemawiającymi do wyimaginowanych czytelników, zyskujemy naturalne prawa kogoś, kto wypowiadając się w danej sprawie, oferuje innym swój punkt widzenia. Robotnik kopiący rów, w którym ma przebiegać kanalizacja, ma prawa związane ze swoją rolą profesjonalnego kopacza. Więzień wojenny, oczekujący na swoją egzekucję, również ma prawa związane z tą rolą – i nikt inny nie może go w tym zastąpić. Szef nie powinien wzbraniać się przed zarządzaniem innymi – to jest jego rola i kropka.

W tym właśnie rzecz. Jeśli staniemy się świadomymi naszych negujących zachowań, możemy zacząć postrzegać te wszystkie nieprzyjemne chwile również jako okazje do ćwiczenia obecności. Nawet jeśli usłyszymy dobrze nam znany, surowy głos z głębi naszego umysłu, że nie mamy powodu i/lub prawa by być złym, załamanym lub smutną – albo i podekscytowanym, pochłoniętym czymś, czy szczęśliwą – możemy nadać wartość tym przeżyciom, włączając w nie nawet ów szorstki głos, a nawet więcej. Możemy bać się roli, a mimo wszystko ją odegrać: powiedzieć rodzicowi co i dlaczego myślimy; życzliwie odpowiedzieć na krytykę czytelnika, mimo naszej irytacji. Możemy iść ulicą czując radość lub smutek i pozwolić sobie żyć tą chwilą. A życie to nie to samo, co chełpienie się.

John Daido Loori, opat Klasztoru Zen Mountain w Woodstock w stanie Nowy Jork, napisał The Heart of Being – książkę zawierającą komentarze odnośnie rozmaitych kōanów (w terminologii Zen to sformułowanie wskazujące na ostateczną prawdę, ale wyrażone w pozornie absurdalny sposób, np. “Czy pies ma naturę Buddy?” odpowiedź: “Mu!” – przyp. tłum.). W jednym z rozdziałów, zatytułowanym „Przyczyna i Efekt: Pai-chang i Lis”, Daido tak wypowiada się na temat tego, jak negacja nas trzyma w garści i opanowuje nas samych:

Zadufane ego to zadufane ego. „Ja-wielkie halo” to zadufanie. „Nic nieznaczące ja” to  zadufanie. „Nie mogę tego zrobić” to nawet większe zadufanie. „Jestem słaby. Wszyscy są ode mnie lepsi” to najwyższy stopień zadufania. To wszystko ma związek z obroną samego siebie. Tylko, że nie ma do ochrony żadnego „samego siebie”. Czego tak kurczowo się trzymasz? Czego tak bronisz?

Następnym razem, gdy pomyślisz, że posiadanie takiej, a nie innej myśli, odczucia czy punktu widzenia, czyni ciebie egoist(k)ą, zapytaj siebie: kim, jeśli nie sobą, powinienem być? Dlaczego moje życie nie powinno skupiać się na mnie samej – wokół kogo miałoby się obracać? Kto jest w samym centrum moich doświadczeń, jeśli nie ja sam(a)? Rozważ lisa z kōanu „Pai-chang i Lis”: czy lis, czy jakiekolwiek inne zwierzę, marnowałoby czas na zadawanie sobie pytań o to, czy ma prawo czuć to, co czuje? Czy w lisie możemy dopatrzeć się zaprzeczenia? Czy możemy ją zobaczyć w tobie? O dziwo, im więcej zadajesz sobie tych pozornie egocentrycznych pytań, tym lepiej zobaczysz, jak wiele łączy cię z każdym innym człowiekiem.

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót