Rozczarowanie Hellingerem

Tekst ukazał się oryginalnie na Psycho-kit

Dziś głos (niezakneblowany) oddam jednemu z uczestników „integratywnej terapii hellingerowskiej” w Polskim Instytucie Psychoterapii Integratywnej. Na forum tego krakowskiego ośrodka znalazłam taki oto opis terapii. Pisownia i tekst oryginalny; podkreślenia i podział na akapity moje.

Źródło 1

Źródło 2

„Jakiś czas temu uczestniczyłem w grupowej terapii Hellingerowskiej, która trwała pół roku i chciałbym się podzielić z wami moimi obserwacjami, spostrzeżeniami oraz efektami pracy. Do terapi przygotowywała mnie pani psycholog która szkoli się juz bardzo długo w Instytucie na Pocieszka. Oprócz wizyt u pani psycholog czytałem również książki Berta Hellingera „Miłość Szczęśliwa” oraz „Porządki Miłości” które to książki niesamowicie mnie pochłoneły. Po przeczytaniu książek oraz po rozmowach z panią psycholog byłem pełen optymizmu i nadziei, że oto jest coś co może mnie wyrwać z marazmu w jakim się znalazłem po przebytej kilka lat temu depresji. To było wręcz ekscytujące, myśleć sobie iż znów będę cieszył się życiem, odzyskam energię i wolę życia, że będę mógł z pewnością siebie i spokojem patrzeć ludziom w oczy, nie będę się bał spotkań ze znajomymi i będę mógł bez lęku wyjść z domu, wreszcie otworze się na miłość, bo przecież tak bardzo chciałem znowu kochać i czuć się kochanym- … Byłem pełen optymizmu po rozmowach z panią psycholog i po przeczytaniu wpisów na forum – tych krytycznych nie brałem na poważnie-myślałem o krytykach, że na pewno poszli tam żeby udowodnić sobie lub innym, że nic już im nie jest w stanie pomóc- po to tylko żeby móc zaszyć się przed światem, uciec w bezradność i mieć święty spokój z dala od życia. Byłem przekonany ze każdemu uda się zrobić krok do przodu, choćby taki mały, byłem pewien że każdy coś na pewno weźmie dla siebie stamtąd .

Po rozmowie wstępnej, kwalifikującej mnie na grupę, którą odbyłem z A. to już w ogóle – bo człowiek ten zrobił na mnie niesamowite wrażenie – luzak i profesjonalista w jednym, taki prawdziwy mężczyzna. A. oczywiście mówił na pierwszej rozmowie jak i na grupie że czeka nas bardzo ciężka praca. Czas do rozpoczęcia grupy był pełen narodzonej na nowo nadziei którą kilka lat wcześniej straciłem (bo kilka lat temu poddałem się – no bo przecież próbowałem wszystkiego i dalej stałem w apatii z dala od życia i z lękiem przed ludzmi)

Na pierwszym spotkaniu (czterodniowe) uderzające było to, ilu normalnych, wesołych, pewnych siebie ludzi tam jest, a osób z depresją, takich wycofanych i cichych, garstka. Bardzo często byli to ludzie którzy robią świetne kariery zawodowe, prowadza swoje biznesy. Po pierwszym czterodniowym zjeździe byłem trochę zawiedziony, ponieważ myślałem iż uda się coś popracować, a tu tylko „rundki” – czyli każdy opowiada o sobie lub opowiada swoje spostrzeżenia o ustawieniu których przez pierwsze cztery dni było trzy, – były krótkie i niewiele ukazujące. Ale miało się wrażenie iż prowadzący pęka z dumy, a jego zachowanie wskazywało że dokonał czegoś wielkiego. Wróciłem trochę zawiedziony ale miałem nadzieje że to taki początek- takie wprowadzenie, a na kolejnych spotkaniach ruszymy z kopyta i wreszcie coś sie zacznie dziać.

Na kolejnych zjazdach które odbywały się raz w miesiącu znów to samo „pracowaliśmy” od 10.00 do 19.00, tzn. od 10.00 do 15.00 lub 16.00 tzw „rundka” gdzie każdy opowiadał czy miał jakiś „wgląd” i czy coś się u niego „podziało” i często przeistaczało sie to w ogólna dyskusje, gdzie prowadzący często konstruktywnie opierd… delikwenta sprowadzając go na „ziemie” lub szydził z niego, (metoda prowokatywna – chyba ulubiona metoda prowadzącego ) po 15-ej lub 16-ej jedno czasami dwa „ustawionka” (zaraz na początku terapii prowadzący przy okazji jakiejś rozmowy zaznaczył z uśmiechem na twarzy że on np. pracuje bardzo powoli i nie interesuje go czy sie to komuś podoba czy nie), dalej od 17.30 lub 18-ej znowu szybka „rundka” omówienie ustawienia- zakończenie o 19-ej i ze zjazdu na zjazd to samo, a ja miałem wrażenie że jadę po równi pochyłej w dół.

Opowiedziałem pani psycholog z która miałem kontakt a dla której A. jest wielkim autorytetem,- czy nie muszę mieć ustawień żeby zrobić cokolwiek w kierunku zdrowienia – odpowiedziała mi że muszę pracować żeby cokolwiek zmienić i muszę aktywnie starać się o to żeby mieć ustawienia, wiec pokrótce opowiedziałem jej jak wygląda praca na grupie, ona początkowo uspokajała mnie ze wszystko się rozkręci, że to takie początki.

Lecz ze zjazdu na zjazd było tak samo, gdzieś przed końcem terapii opowiedziałem jej to jeszcze raz i wtedy dopiero przyznała że ona była na dwóch grupach i po tym co ja jej opowiadam to ona spada z krzesła i okazała duże zdziwienie że tak mało pracy i że grupa aż 22 osoby.

Ze zjazdu na zjazd czułem się coraz mniej spokojny i martwiło mnie to że ja nic nie popracuje, więc zapytałem kiedyś prowadzącego podczas „rundki” czy wystarczy że ktoś będzie tylko obserwatorem ustawień innych osób żeby w nim zaszły jakieś zmiany, bo grupa duża (na stronie internetowej PIPI jest że grupa ma 15 osób- u nas było 22 z czego 4 osoby nie miały w ogóle ustawień, gdyż brakło dla nich czasu )- prowadzący odpowiedział, że nie muszę mieć żadnego ustawienia żeby poczuć poprawę lub żeby być wyleczonym. Mówił to z niesamowitym zdziwieniem, że ja nie czuje poprawy, po czymś tak wielkim , co on był łaskaw nam dać.

Co do samych ustawień, to nie są one tak wyraziste jak w przykładach podanych przez Hellingera, wybierane były do nich przeważnie te same osoby, które w każdym ustawieniu zachowywały sie podobnie, wiec w osobie obserwującej może to rodzić wątpliwości – ile w ustawieniu „wspólnej duszy” czy też „wiedzącego pola”, a ile osoby/przedstawiciele wnoszą coś od siebie samych.

Acha zapomniałem napisać o reklamie – otóż na każdym zjeździe słyszało się z ust prowadzącego jaka to ta terapia integratywna jest super, ” ponieważ czerpie z innych metod terapeutycznych to co najlepsze, ale w porównaniu z innymi metodami tylko ona daje naprawdę trwałe efekty, że w porównaniu z terapią indywidualna gdzie pacjent stopniowo odczuwa poprawę a po zakończeniu znowu obserwuje się spadek poprawy, to podczas tej terapii pacjent/klient stopniowo czuje się coraz lepiej, ale co ciekawe po zakończeniu, około 6-go miesiąca od zakończenia obserwuje się niesamowity skok poprawy i to wynika z badań, bo pacjentom wysyłane są formularze po sześciu miesiącach, ażeby instytut miał informację zwrotną czy pomaga pacjentowi i w jakim stopniu.”

A. mówił też że to jest to terapia krótkoterminowa dająca trwałe efekty i prowadząca do całkowitego wyzdrowienie (co jest nie na rękę terapeutom posługującym się innymi metodami bo ich pacjenci zazwyczaj do nich wracają) dlatego właśnie jest taki opór i krytyka ze strony różnych środowisk psychologicznych/psychoterapeutycznych, bo po zakończeniu terapii indywidualnej lub grupowej inną metodą i tak zawsze pacjent wróci do psychologa/psychoterapeuty. Wszystko to mówione wzniosłym tonem i z niesamowitą fascynacja przez prowadzącego, który nie mógł się powstrzymać od opowiedzenia tego wszystkiego, nawet gdy ktoś przypominał mu że już to mówił na poprzednich zjazdach.

Tak naprawdę terapeuta używa tylko ustawień oraz metody prowokatywnej (i sprawia mu ona zaje…. radość). Przed rozpoczęciem grupy trzeba wysłać do instytutu rozrysowane drzewo genealogiczne swojej rodziny wraz z krótkim opisem: wcześnie, lub tragicznie zmarłych osób bliskich, aborcji lub rozwodów (nieszczęśliwych miłości) itp. oraz trzeba opisać swoją „drogę życiową” i piszemy to chyba dla siebie samych, być może dla lepszego uświadomienia sobie swojego problemu, oraz w celu dowiedzenia się czegoś o sobie i swojej rodzinie (próba dotarcia do jakiegoś Tabu Rodzinnego), bo na pewno nie dla prowadzącego, ponieważ pod koniec grupy nie pamiętał dobrze imion nie mówiąc już o „przypadkach”.

Każda grupa ma swoje forum gdzie uczestnicy zazwyczaj pod pseudonimami mogą dzielić się między sobą spostrzeżeniami i napisać coś o sobie, forum ma pomóc w wymianie spostrzeżeń oraz ma jakby zcalać grupę. Na mojej grupie „życie” na forum umarło na długo przed końcem terapii. Do dzisiaj, a jestem już po terapii półtora roku żaden formulaż mi nie przyszedł, a lęk, niepokój i stany depresyjne jak były tak są.

Co do ewentualnego „zdrowienia” – to większość uczestników nie deklarowała specjalnej poprawy choć byli i tacy którzy z apatia i smutkiem w głosie mówili że czują się fenomenalnie i że ta terapia dała im bardzo dużo – a prowadzący wtedy promieniał z dumy i włączała mu sie znowu reklama jaka to, ta terapia Integratywna, jest super i nikt nie podważał tego co mówił prowadzący, choć poprzedniego wieczoru wszyscy zwrócili uwagę na brak energii i smutek w głosie, tego któremu się tak polepszyło.

Były też momenty, gdy widać było że osoby dla których robiło się ustawienie bardzo głęboko przeżywały to co się działo, lecz było tego niewiele i zawsze dotyczyło osób z jakimś namacalnym problemem np. śmierć kogoś bliskiego lub aborcja i takim osobom jak najbardziej polecałbym ta terapię -tylko muszą pamiętać że mogą mieć tylko jedno ustawienie przez cały czas trwania grupy, (u nas tylko dwie osoby miały po dwa ustawienia) bo nikt tego nie mówi na początku terapii, więc niech się dobrze zastanowią nad czym chcą pracować. Ciężko mi również powiedzieć czy osobom które w tak szczególny sposób przeżywały swoje ustawienia pomogło to na dłuższą metę, czy też było to chwilowe i przyniosło tylko krótkotrwałą ulgę, ponieważ nie miałem z tymi osobami więcej kontaktu (podejrzewam że „Instytut” również tego nie bada)”

********************

Nie mam żadnych podstaw sądzić, że ten tekst jest spreparowany czy nierzetelny, choć z pewnością subiektywny. I oczywiście, negatywna opinia nie wyklucza innej opinii pozytywnej. Jednak opisane wydarzenia przywodzą mi na myśl mechanizmy działania sekt: łapanie na cierpienie, obietnice poprawy (hellingerowski „przepływ miłości”) bez pokrycia, propaganda, wpływ niekwestionowanego guru, niedopuszczanie do krytyki. Szczerze powiedziawszy, gdybym miała zaznaczyć wszystko to, co mnie poruszyło w tej internetowej anonimowej wypowiedzi musiałabym zaznaczyć cały tekst boldem.

Co się dzieje? Najpierw jest rozpasany marketing psychobiznesu: zachwalanie metody, która – nota bene- nie ma żadnych podstaw empirycznych ani badań skuteczności. Rozbudzenie nadziei przez psychologa, który podsuwa ideologiczne lektury. Podbudowany klient udaje się na „psychoterapię grupową”. A w ofercie ciąg dalszy marketingowej manipulacji: Terapia ma „zastosowanie praktycznie do wszystkich dolegliwości, objawów i problemów zgłaszanych przez pacjentów. Ta forma pomocy daje szereg dodatkowych możliwości w stosunku do terapii indywidualnej i cechuje się dużą intensywnością pracy. W sytuacjach, gdzie problemy są chroniczne i złożone, psychoterapeuta może zalecić właśnie tę formę terapii. Z doświadczeń Instytutu wynika, że uczestnictwo w grupie pozwala we względnie niedługim czasie dokonać poważnych zmian: w samopoczuciu, sytuacji życiowej, związku z partnerem, w pracy. Obecnie grupy prowadzone są metodą Integratywną MetaSystemową, rozwiniętą w Instytucie, opartą m.in. na dokonaniach Berta Hellingera. Grupa liczy około 15 osób.” Terapia ma się nadawać na wszystkie schorzenia (ta metoda nie została przebadania we „wszystkich schorzeniach” więc to twierdzenie jest bezpodstawne) a bazą do oceny skuteczności jest bliżej nieokreślone „doświadczenie Instytutu”. Na haczyku: osoby nieszczęśliwe i samotne, w kryzysie. Spragnieni miłości. I także, co już jest mniej zabawne: osoby z zaburzeniami osobowości, z myślami samobójczymi, z poważnymi chorobami somatycznymi.

Koszt 9 spotkań: 2250 złotych.

Wobec takich obietnic cytowany klient wyłącza krytyczne myślenie– z jednym wyjątkiem: krytyków metody. Klient jest bardzo krytyczny w stosunku do krytyków, którzy, według niego, nie chcieli zmian, za mało „pracowali”, sami byli sobie winni. Spokojnie łyka indukowane przez psychobiznes przekonanie, że za wyniki terapii tylko i wyłącznie odpowiada sam pacjent. To stanowisko jest kompletnie błędne w świetle empirii. No i daje efekty uboczne w postaci samooskarżeń, pogorszenia stanu, zezwolenia na manipulację i zwolnienia terapeuty z odpowiedzialności.

Dalej, nasz bohater raportuje coraz to nowe rozbieżności z ofertą. Grupa liczy 22 osoby (czyli „około 15″), zdecydowanie za dużo na jakąkolwiek pracę, ale prawa rynku są nieubłagane, 16 tysięcy za ponadmiarowe siedem osób każdemu się przyda. Przy takiej grupie równie dobrze klient może sobie obejrzeć terapeutę w telewizorni niczym Kaszpirowskiego. Cztery osoby nie miały nawet swoich ustawień. Grupa nie obejmuje osób w kryzysie, a „normalnych, wesołych, pewnych siebie”. Klient po depresji i ciągle zdołowany czuje się w mniejszości.

Rozczarowanie rośnie: nie ma prawie „pracy” a miało być intensywnie, mało jest ustawień a te które są, nie są tak spektakularne jak u Hellingera. Do ustawień wybierane są wciąż te same osoby, które -jako reprezentanci- raportują te same odczucia. Co akurat nie dziwi, ponieważ reprezentanci z pewnością nie odbierają magicznych „pól” a odgrywają swoje urazy. No i w książkach wszystko jest pięknie, tak jak i w programach telewizyjnych, gdzie materiał okrojony jest do najbardziej malowniczych scen. Jednak manipulacja psychobiznesu trwa dalej: obdarzona zaufaniem psycholog zapatrzona w prowadzącego przekonuje wątpiącego klienta do kontynuacji terapii.

Zastrzeżenia budzi przekonanie terapeuty a raczej guru, że samą swoja obecnością, budującą atmosferą i obecnością „pola” uzdrawia uczestników. Klient jakoś nie czuje żadnego uzdrowienia. Zauważa za to przemoc psychiczną w wykonaniu prowadzącego, szyderstwa, prowokacje, brak szacunku i zadufanie: natchnionemu „terapeucie” wyraźnie rozdęte ego przesłania rzeczywistość. Guru prowadzi negatywny marketing i dyskredytuje inne metody terapeutyczne. Bezpodstawnie, natchniony ideologią jaką wyznaje.

Wbrew obietnicom rezultaty terapii nie są śledzone. Klient sygnalizuje brak poprawy. Zauważa także, że inni uczestnicy nie odnotowują żadnych spektakularnych „uzdrowień” a ci, którzy trąbią o sukcesie są nieprzekonywujący. Tak działa dysonans poznawczy. Słodkie cytryny, kwaśne winogrona…

Człowiek ze skłonnością do depresji, pomijany w pracy grupowej, wychodzi z terapii rozczarowany i bez żadnej poprawy.

W Konfrontacjach radia TOK FM (także tutaj) profesor Jerzy Mellibruda usiłuje nas przekonać, że jeśli są jakieś skargi na pracę terapeutów to są to skargi „osób rozczarowanych” (czytaj: roszczeniowych). Problem w tym, że przy braku standardów nie da się odróżnić „rozczarowania” od „krzywdy” a w rzeczywistości te dwie sprawy się mieszają. Czy cytowany klient PIPI został użyty, zmarnował czas i pieniądze pogarszając swój stan czy tylko się „rozczarował”, bo miał zbyt duże oczekiwania? I kto jego nierealne oczekiwania wzbudził? Czy sekciarską manipulacją da się trwale uleczyć cokolwiek? Proszę sobie odpowiedzieć. Ja w każdym razie radzę – jeśli mogę radzić – użycie własnego zdrowego rozsądku w zderzeniu z marketingiem psychobiznesu i omijanie z daleka terapii bezpodstawnie obiecujących cuda, uleczenie wszystkiego w krótkim czasie, opartych na „indywidualnych opracowaniach” prywatnych „instytutów”. Pozostaje mi nadzieja, że opisywany klient nauczył się inteligentnie z doświadczenia, porzucił zadufanego artystę a zwrócił się do solidnego rzemieślnika.

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


35 odpowiedzi na “Rozczarowanie Hellingerem”

  1. anna napisał(a):

    Wiem o czym piszesz, przykro mi, rozumiem też mechanizm pozostawania w czymś co nam kompletnie nie służy, Tomasz Witkowski walczy z szarlatanerią i oszustwem w psychoterapii, polecam byś się z nim skontaktował http://www.tomaszwitkowski.pl/

    • Kleszcz napisał(a):

      Właśnie dzięki niemu i jego książce „Zakazana psychologia” zainteresowałem się bardziej tym tematem, nie mając wcześniej pojęcia, jak bardzo rozwinięta jest taka pseudopsychologia w Polsce. Myślę, że można mieć kilka zastrzeżeń do jego przemyśleń na temat psychoterapii jako całości, ale ogólnie to, co kreśli, jest czymś, z czym każdy zaciekawiony Hellingerem, NLP lub terapią powinien się zainteresować. Powinniśmy wymagać od specjalistów konkretnych twardych danych na skuteczność ich metod.

  2. Katarzyna Wrońska napisał(a):

    „Na haczyku: osoby nieszczęśliwe i samotne, w kryzysie. Spragnieni miłości. I także, co już jest mniej zabawne: osoby z zaburzeniami osobowości, z myślami samobójczymi, z poważnymi chorobami somatycznymi” I MOGĄCE SOBIE POZWOLIĆ NA SPORY WYDATEK
    „Koszt 9 spotkań: 2250 złotych”
    Niestety sama dałam się nabrać. Byłam w przykrej sytuacji i krytyczne myślenie, pod wpływem wyraźnej zachęty do wzięcia udziału w grupie terapeutycznej podczas konsultacji z Andrzejem Nehrebeckim, wyłączyło mi się. A potem pewnie zadziałał mechanizm „skoro się zapisałam i zapłaciłam a nie jestem głupia to musi mieć jakąś wartość” i postawa prowadzącego – Andrzeja Nehrebeckiego która sprawiła, że w obawie przed ośmieszeniem i wyszydzeniem bałam się wyrazić jasno swoje wątpliwości. Uważam, że warto pisać wprost „A” to Andrzej Nehrebecki.
    Wiem, że ciągle do niego, na kolejne grupy wracają zwłaszcza zamożni klienci.

    • Zyta napisał(a):

      Pani Katarzyno w Polsce psychoterapię, z udziałem ustawień rodzinnych można odbyć u certyfikowanych psychologów za darmo, gdyż jest opłacana przez NFZ.

  3. Radek napisał(a):

    Kontynuując dyskusję rozpoczętą już gdzie indziej: może po prostu artykuł powinien nosić tytuł „Rozczarowanie pseudopsychologią” lub „Rozczarowanie instytutem X”… Co do metod samego Hellingera wydaje mi się, że różnią się nieco od tego, co w artykule zaprezentował A. (choćby niebraniem klienta na poważnie) i z pewnością warto byłoby przyjrzeć się metodzie u źródła i sprawdzić jak tam hellingerowska skuteczność wygląda statystycznie. Być może pokazałoby to, że faktycznie jest to psychozabawa z zupełnie przypadkowym rezultatem, być może znalazłoby się coś więcej, co można byłoby choćby częściowo wykorzystać terapeutycznie. Moje własne doświadczenie z Hellingerem (już na wstępie obranenym przeze mnie własnoręcznie z magicznej otoczki pól i sił) opiera się na dwóch spotkaniach z doświadczonym terapeutą Gestaltu, który na „dzień dobry” otwarcie zaznaczył, że nie obiecuje nic konkretnego ani magicznego po tych spotkaniach. Patrząc z perspektywy czasu wykonanie ustawienia pomogło mi po prostu spojrzeć na własną sytuację z boku, pozbywając się moich zwykłych obron i zyskując dzieki temu lepsze zrozumienie stron uwikłanych w mój problem. Oczywiście, to samo osiągnąłbym pewnie zapisując się na długoterminową terapię, w tym wypadku koszt wyszedł jednak na plus. Ale, podobnie jak zdarzenie opisane w artykule, jest to jedynie dowód anegdotyczny.

    • Kleszcz napisał(a):

      No właśnie póki co nie wygląda to statystycznie, bo danych nie ma, a sami zaangażowani w tę metodę, z Hellingerem na czele, nie wydają się być zainteresowani ruszeniem z jakimkolwiek programem badawczym. Indywidualne doświadczenia są ważne i nigdy nie będę ich podważał, natomiast trudno powiedzieć, na ile coś takiego jest regułą, w jakich populacjach, dlaczego itp. Dlatego statystyka jest ważna.

      Z kilkoma rzeczami się tutaj nie zgadzam. Dajesz jako alternatywę długoterminową terapię, co jest nie do końca sprawiedliwe. Przecież istnieją różne przebadane podejścia, które także potrafią trwać krótko, a w praktyce najczęstsza ilość sesji wynosi 1 – zwłaszcza z osobami, które ogólnie funkcjonują nawet nawet. Inna rzecz to kwestia tego, czy osiągnąłbyś „to samo”. Nie da się tego stwierdzić w żaden sposób. Może tak, może nie, to takie gdybanie. Ale dobrze, że nie każdy ma takie traumatyczne przejścia z terapeutami. :)

    • Zyta napisał(a):

      Twórca metody żyje, ma swoją stronę na facebooku, bywa w Polsce- co stoi na przeszkodzie, żeby zadać mu nurtujące pana pytania?

  4. Radek napisał(a):

    Tak, „to samo” to oczywicie skrót myślowy. Chodziło mi o osiągnięcie szerszego, dojrzalszego spojrzenia na sprawę. Natomiast dokładne określenie, kto funkcjonuje „w miarę”, a kto już nie to kolejna niekończąca się debata. Również trochę dziwił mnie brak inicjatywy ze strony Hellingera i bliskich zainteresowanych w kierunku wykazania skuteczności terapii w sposób bardziej zorganizowany i statystycznie poparty, natomiast negowanie samej metody przy pomocy przykładu pana A. to również żaden naukowy dowód. Chociaż na pewno da potencjalnym zainteresowanym do myślenia przed podjęciem podobnej „terapii”.

    • Kleszcz napisał(a):

      Zaznacza to sama autorka: „Nie mam żadnych podstaw sądzić, że ten tekst jest spreparowany czy nierzetelny, choć z pewnością subiektywny. I oczywiście, negatywna opinia nie wyklucza innej opinii pozytywnej.” Dodaje potem, że „Najpierw jest rozpasany marketing psychobiznesu: zachwalanie metody, która – nota bene – nie ma żadnych podstaw empirycznych ani badań skuteczności.”

      To główny problem – póki nie ma badań możemy określać terapie wedle „ładna” i „nieładna”, a nie, że jest skuteczna lub nie jest. Twoja zmiana mogła wynikać z dobrej teorii Hellingera, Gestaltu, doświadczenia terapeuty, placebo… Ciężko rzec.

      Jak robili ACT, to w 1986 zrobili kilka badań, z których wyszło, że metoda jest obiecująca, a potem zamiast iść w marketing na kilkanaście lat zamknęli się w laboratorium, aby zbudować lepszą behawioralną teorię języka, która byłaby w stanie opisać to, co się dzieje, żyłowali też standardy naukowe na różne sposoby. Dopiero w 1999 wyszedł pierwszy podręcznik do ACT, w 2001 książka z nowoczesną teorią języka. Dzisiaj na tej teorii robi się wiele efektywniejszą terapię autyzmu, programy podnoszące IQ i – co mnie interesuje najbardziej – psychoterapię. Wszystko mierzalne, rezultaty łatwo dostępne. Mi takie podejście bardzo imponuje, nie ukrywam.

    • Zyta napisał(a):

      Może warto kto i dlaczego włączył do psychoterapii tę metodę… Dociekliwość może dać panu ciekawe informacje.

  5. Own napisał(a):

    Dużo różnych uczuć miałem czytając ten artykuł i komentarze. Od zrozumienia, współczucia, wspomnień kiedy czułem się n grupie podobnie, do złości, zażenownia i niechęci do części wypowiedzi. Sam mam dosyć duże doświadczenie w terapii prowadzonej przez Andrzeja Nehrebeckiego. W trakcie kiedy byłem jego pacjentem przeżywałem bardzo różne momenty – zachwytu nad nim i totalnej negacji tego jak pracuje i złości że nie wygląda to tak jakbym sobie życzył. Ale gdzieś tm udawało mi się wracać do ufności, albo grupa mi pomagała, że to on jest terapeutą i widocznie wie co robi. W końcu to ja jestem pacjentem i mam problem z psychiką, postrzeganiem siebie czy świata, więc skoro nie potrafię ułożyć sobie życia, to bez sensu narzucać terapeucie którędy ma mnie prowadzić żeby było dobrze. W każdym razie, nie rozpisując się, po 2 takich grupach mam udany związek, dobrą pracę, jestem blisko ze swoją rodziną, często czuję że kocham i czuję się szczęśliwy. Jasne że bywa też kiepsko czy trudno, ale potrafię to znosić dużo lepiej niż wcześniej. Czuję się silniejszy, bardziej odpowiedzialny, dojrzały… A. Nehrebe ki nie zdziałał cudów, ale stworzył warunki i pomógł mi dojrzeć i rozwinąć się. Nie byłbym w tym miejscu gdzie jestem gdyby nie terpia i „podążanie” za tym co mówi, nawet jeśli burzyło to mój porządek i poglądy. No ale właśnie na tym polega da mnie terapia, bo jeśli jestem zamknięty na zmianę drogą inną niż ta, którą uważam za słuszną, to będę ciągle podążał swoją drogą i nic się nie zmieni. Jestem bardzo wdzięczny temu terapeucie za rzeczy których mogłem się nauczyć.

  6. Joanna napisał(a):

    Ja również byłam klientką A. Nehrebeckiego. Już na konsultacji zrobił na mnie wrażenie profesjonalisty, a zarazem człowieka na luzie, któremu można zaufać. Powiedział mi, że zanim pójdę do niego na terapię grupową, warto, abym poszła na psychoterapię- skierował mnie do pani Ady, jego studentki. Pani Ada zrobiła na mnie złe wrażenie, chociaż bardzo się starałam docenić jej metody pracy. Po każdej sesji z nią (chodziłam do niej 5 miesięcy raz na tydzień) czułam się głupsza, ale wciąż miałam nadzieję, że na koniec „coś się okaże”, że to ona wie, dokąd zmierzamy, że jest pod superwizją swojego mistrza, i że mi się poprawi. Pani Ada często stwierdzała, że „nie mam prawdziwego problemu”, „że mój problem jest „wydumany”, że „nie mam co robić i dlatego mam depresję”, dawałam mi jakieś zadania do domu (np. przyglądać się kamieniowi- że jestem taka sama jak ten kamień, i co ja na to), tymczasem było mi coraz gorzej i gorzej. Po pięciu miesiącach pani Ada stwierdziła, że jestem gotowa na grupę do A.N. Na grupie było 20 osób, z tego przynajmniej sześć, tak jak i ja, deklarowało depresję, większość osób z grupy chodziła przedtem (skierowana przez AN) do kogoś z Instytutu, tak jak ja, na terapię indywidualną. Z perspektywy roku, który minął od terapii, grupa była porażką. Terapeuta był niesłychanie z siebie dumny, napuszony, stosował dyrektywne metody,nie pozwalał na żadną krytykę, tępił tych, którzy próbowali się sprzeciwiać, o jednej z osób, która opuściła naszą grupę wcześniej, wyrażał się w nieładny sposób na forum grupy. (Mieliśmy zadzwonić do tej osoby, a jej głos był puszczony na głos przy całej grupie, potem nasz guru to skomentował,czułam się z tym źle i zastanawiałam się, czy o mnie też by tak mówił,gdybym wcześniej opuściła grupę. Ale kiedy to się działo, nie myślałam, ze to jest złe, tylko że tak to ma być.) Jeśli chodzi o ustawienia, to często miałam wrażenie, że są one wypełniaczem czasu, czasmtrwały nawet godzinę, a podczas pół roku byłydwi osoby, które w ogóle ustawień ne miały. AN powiedział do nich na koniec, że „powinny się przebić”. Tylko że były to wycofane osoby, które tej siły przebicia nie miały. Podczas naszej grupy była też para małżeńska, której guru chyba rzeczywiscie pomógł, bo dalej są razem, jestem z nimi w kontakcie. Oni dobrze wspominają grupę. U mnie nie widzę żadnych zmian na lepsze, od 3 miesiecy chodzę na terapię indywidualną, na której czuję się szanowana – nie tak jak u AN, który ma tendencję do patosu, wielkich słów typu życie i śmierć, bibilijnej emfazy i braku oddechu – a dla zwykłego człowieka niewiele z tego wynika.

  7. Zyta napisał(a):

    Ustawienia rodzinne są uznaną metodą w psychoterapii. Promowanie siebie za pomocą oczernianie innych ludzi jest karalne podstawie konkretnych przepisów kk.

    • Kleszcz napisał(a):

      Nie są uznaną metodą w psychoterapii. Bert Hellinger nie ma pozwolenia na wykonywanie terapii w Niemczech, swoim rodzinnym kraju – to może dawać do myślenia. Nie istnieją także badania nad jej skutecznością, w przeciwieństwie do wielu innych terapii, gdzie można przedstawić naukowe dowody w różnych problemach psychicznych.

  8. Ssz napisał(a):

    Zastanawiam się, dlaczego w necie nie ma negatywnych opinii na temat Andrzeja Nehrebeckiego na portalach, gdzie się takie opinie o specjalistach wystawia. Przy ilości pacjentów, jaką miał (sądząc po artykułach w necie – osobiście go nie znam) i skrajnych opiniach dotyczących jego profesjonalizmu, trochę to dziwne, że nikt mu nie wystawił ani pozytywnej ani negatywnej ani żadnej innej oceny. Trochę to zastanawiające. Zachęcam, choćby na znanylekarz.

    Ja, po zapoznaniu się z wieloma opiniami np. tutaj czy na forach, a także mając wątpliwą przyjemność uczestniczyć w „terapii” prowadzonej przez jego dawną uczennicę (która go zresztą zachwalała), na pewno do tego pana bym nie poszła. I – jeśli prawdą jest, co piszą o nim jego byli klienci – to powinien być jako terapeuta tępiony, bo zwyczajnie szkodzi.

    • Kleszcz napisał(a):

      Czytałem raz przy niezwiązanej sytuacji, że na znanym lekarzu można moderować komentarze, więc mogłoby to wyjaśniać brak negatywów – osoba, która o tym pisała, mówiła, że to za opłatą się dzieje. Nie funkcjonuję na tym portalu, więc nie weryfikuję tego, ale to moja pierwsza myśl. Oczywiście może być różnie.

  9. Ssz napisał(a):

    No dokładnie tak samo pomyślałam, bo dziś mi się o oczy obił nius, że niektórzy terapeuci opłacają takie rzeczy – tyle że nie chodziło o ten portal.

    Ja mu próbować opinii nie będę wystawiać (jako że nigdy z nim styczności nie miałam), ale byłych pacjentów jak najbardziej zachęcam. Przyczyni się na pewno do szerzenia świadomości na temat tego terapeuty, jak i terapii w ogóle.

    Pozdrawiam.

  10. Bea napisał(a):

    Bylam na terapi grupowej u Andrzeja Nehrebeckiego wraz z partnerem, po tym jak bardzo pomogl mojej Przyjaciolce. Andrzej to wielki czlowiek, Bardzo jestem mu wdzieczna,od lat nie wrocily objawy depreji, jestem szczesliwa w zwiazku I w ogole w zyciu. Wiadomo, ze ludzie sa w roznym stopniu gotowi na terapi a Ci nie sa wlasnie takie bzdury od Andrzeju pisac beda. Ja osobiscie znam bardzo wiele osób ktorym Andrzej bardzo pomogl.

  11. dora napisał(a):

    Zauważyłam ciekawe zjawisko reagowania na krytyke tego „instytutu” a mianowicie na forach występują 2 taktyki .Pierwsza to pod negatywnymi opiniami na swój temat terapeuci podając sie za pacjentów piszą pozytywne opinie żeby potencjalny klient miał wrażenie że terapeuta jednemu pomógł a drugiemu nie i żeby sie zrównoważyły opinie .Druga taktyka nie raz prezentowana to straszenie kodeksem karnym i wmawianie że krytyka terapeuty jest przestępstwem to drugie było powyżej zaprezentowane przez nie oszukujmy się pracownika instytutu .Drodzy Państwo jeżeli uważacie że ludzie którzy do was przychodzą są tak durni że dadzą się nabrać na śpiewkę o tym że krytyka w internecie Nehrebeckiego jest znieważaniem za pomocą środków masowego komunikowania to widać że kompletnie brak wam szacunku do pacjentów i macie ich za durniów

  12. Mona napisał(a):

    Jestem po pierwszej – i raczej jedynej – sesji w „Instytucie” w Katowicach. Pacjentem jest mój mąż, cierpiący na depresję plus osobowość borederline. Terapeuta stwierdził, że nie musi nawet sugerować się diagnozą szpitalną, kazał odstawić leki, zakwestionował status męża jako ojca adoptowanej córki, a mnie powiedział, że jestem przepełniona nienawiścią i powinnam jak najszybciej się zdiagnozować – najlepiej u Nehrebeckiego na Pocieszka. Jak wyszłam z gabinetu byłam w szoku, choć jestem weteranem różnego rodzaju terapii i niejedno już widziałam. Z lektury komentarzy wynika jednak, że może to być formą stosowanej „metody”, dziękuję więc tym, którzy zdecydowali się opisać swoje przeżycia, a tym samym upewnili mnie w przekonaniu, że coś tu jest nie tak.

  13. Marek napisał(a):

    Ja tam nie jestem zadowolony. Chodzę na terapię we Wrocławiu i nic mi nie pomaga. Nie polecam.

  14. Paulina napisał(a):

    Kochani, od razu zaznaczam, że nie jestem terapeutką a autentyczną klientka instytutu i samego Andrzeja Nehrebeckiego. Do instytutu trafiłam w opłakanym stanie a ściślej mówiąc w stanie depresji po trudnych przejściach. Miałam myśli samobójcze i jedynie instynkt samozachowawczy sprawił, że trafiłam do instytutu. Jak w większości opisywanych przypadków po wstępnym spotkaniu z Andrzejem trafiłam na terapię indywidualna do p. Małgorzaty z Instytutu, która okazała się niezwykle kompetentna osobą. Faktycznie słyszałam różne opinie na temat różnych wychowanków Instytutu, ale ja akurat miałam szczęście trafić do osoby, o której słyszałam jedynie pozytywne opinie. Po kilku m-cach rozpoczęłam terapię ustawieniową w grupie prowadzonej przez Andrzeja.
    Nie było łatwo. Na pierwszym 4 dniowym wyjeździe weekendowym przepłakałam cały czas. Sama ze swoją fobią społeczną nie miałam odwagi pracować na swoich ustawieniach, ale kilka historii pomogło mi przepracować jakiś swój kawałek. Na grupie było 17 osób. Potem 3 osoby odpadły, więc zrobiło się luźniej. I tutaj faktycznie przyznaję rację, że grupy liczące ponad 20 osób, mogą utrudniać pracę.
    Na kolejnym zjeździe ruszyłam z kopyta. Dostałam ogromne wsparcie grupy. Przepracowałam kilka bardzo ważnych dla mnie tematów. W sumie większość osób miała po 2 ustawienia. Ja ze swoja ogromną determinacja miałam ich aż 3.
    Dziś jestem szczęśliwą kobietą a swoje życie dzielę na „sprzed” i „po terapii”.
    Mam kontakt z bardzo dużą częścią grupy. Różnie potoczyły się ich losy, ale znakomita większość jest zadowolona zarówno z samej terapii jak i ze współpracy z Andrzejem. Co więcej, zarówno w mojej jak i w innych grupach brali udział psychologowie i psychoterapeuci, którzy skończyli studia podyplomowe w innych szkołach, śmieszy mnie więc gdy słyszę osoby, które nie bardzo wiedząc o co chodzi mówią o „szarlatanerii”. Rozumiem też rozgoryczenie osób, które nie czuja poprawy w chwili kiedy bardzo na to liczyły. Jestem nieco zdziwiona, zwłaszcza biorąc pod uwagę ilość osób zadowolonych po mojej grupie. Być może coś się zepsuło. To co nasunęło mi się czytając powyższe wpisy to zbyt duża ilość osób w grupach. Jeśli tak jest sugeruje napisać do Andrzeja. Myślę, że kilka sugestii mogłoby sprawić na kolejne grupy będą mniej liczne. Wiem, że nie zwróci to czasu ani pieniędzy osób niezadowolonych, ale być może pomoże naprawić coś, co wielu osobom pomogło rozpocząć nowe życie.

  15. tomek napisał(a):

    Tu nie chodzi o brak efektów ale o brak etyki w tym instytucie a zwłaszcza ze strony Andrzeja Nehrebeckiego .Sam pamiętam jak swego czasu głośna była sytuacja kiedy chciał przytrzymać jedną ze swoich pacjentek na terapii za pomocą szantażu psychicznego sorry ale to dyskwalifikuje go jako człowieka i terapeutę. Po za tym to całe towarzystwo z Pocieszka reaguje strasznie na jakąkolwiek krytykę wystarczy napisać negatywną opinie o terapeucie która jest napisania w sposób wyważony i kulturalny a pracownicy tego instytutu zaczynają się wygrażać policją i sądem oczywiście wiedza że nie będzie żadnej sprawy sadowej bo brak ku temu podstaw ale zastraszanie kogoś kto ma negatywną opinie na ich temat już świadczy o standardach etycznych tych ludzi..

  16. PrawdziwyPsychiatra napisał(a):

    Słyszałam od jednegouczestnika, że są w tym instytucie „niezłe” imprezy, tylko jakto rozumieć?…mi to brzmi dziwnie, i głupio się kojarzy..Ktoś coś wie?…

  17. Ja... napisał(a):

    Po pierwsze hellinger przywłaszczył metodę od Indian i podaje jako swoją, więc oszustwo już na początek.
    Zwane jest to też jako konstelacje systemowe – czyli właściwie, a celem systemu jest ograniczenie, zniewolenie, sterowanie, włożenie w ramy.
    W tym systemie pomijane jest wiele i to prawdziwych wątków.
    Np TELEGONIA czyny potwierdzone w niedalekiej przeszłości.
    Jak więc odwoływać się do przodków, prosić o ich wsparcie, jak nie wiadomo kto to i może być nimi hołota !!!
    Chcecie wsparcia takich przodków ???
    Podpinacie się pod taki system ??
    Fałsz w podstawie, bo inni mogą być przodkowie, a inni są za nich uważani i to dopiero zaburza.
    Były wojny i gwałty, różne zależności…
    A co jeśli „przodek” jest już w innym wcieleniu, w innej konstelacji systemowej ?
    Ustawiają wg tego „życia” i rodu, a przecież hellinger zakłada wcielenia, karmę czyli inne rody …
    Wg mnie wtłaczanie w ród to uwikływanie, przedstawianie fałszywego programu przez prowadzącego najczęściej za dużą kasę.
    Bazowanie na smutku, bólu, chorobie, cierpieniu wtłaczając dodatkowe obarczenia i najważniejsze WINĘ za niby Wasze działania, Wasze niby naiwne wzięcie różnych obciążeń.
    Rozwiązaniem wg mnie jest rozłączenie się od tzw rodu, systemu wg zasady wolnej woli i samostanowienia o sobie.
    Są oni równie uwikłani, często była to patologia, jakie więc wsparcie przyjść od takich może ???
    I skąd to wsparcie skoro tyle lat uwikłania było ?? Nagle się zmieni ??
    Naprawianie relacji to droga bez końca i droga wcale tania, a wizji przyczyn można mieć bez przecież wiele, no bo i z różnych wcieleń …
    Są to jednak wg mnie programy, fałsz, wizje prowadzącego, możliwość kierowania osobami jak podczas hipnozy.
    Wiem gdyż byłem na wielu ustawieniach i u różnych „jasnowidzących” ale tylko moją kasę i poza tym różne przyczyny tego samego skutku.
    Metodologia skradziona przez niemca jest (może być pomocna) ale do uświadomienia sobie tych zależności, uwikłań, systemu, kodów, programów i doprowadzenia do łatwej sterowalności tymi co zwą się ludźmi.
    Znam takich co twierdzą, że im na jakiś czas pomogło … tylko znając wielu ustawiaczy w ich życiu jakoś im nie pomogło, oprócz finansów.
    Jak się mawia szatan dla zyskania większej rzeszy też jest w stanie jednego uzdrowić !!!
    hellinger propaguje ileż to miłości i uczuć „pozytywnych” przyniosła wojna !!!
    A czego to jest propagowanie ? Nazizmu przemocy ?
    Czyj to jest wysłannik i czy także pod to się podpinacie uczestnicząc w hellingerowskich manipulacjach ??
    Do tego :
    Dlaczego ignorantom, samolubom, zapatrzonym w siebie, kłamcom funkcjonuje się tu dobrze lub bardzo dobrze ???
    Jakby byli wspomagani, pod ochroną. Jakby dbano o nich.
    Czyżby za generowanie cierpienia w innych, za pasożytowanie ??
    Komu służą kogo karmią ??
    No i „święta” czas mordowania, rzezi, ofiary zwierząt, ścinania drzew – jakie to energie ??
    Jaki bóg z tego korzysta ??
    Czym się różni człowiek od świni ?? DNA podobne.
    Więc i zabicie człowieka podobne.

  18. Bartek napisał(a):

    Do Ja. Przesadziłeś człowieku. Nie byłem w Instytucie, sam miałem ustawienia u Jacka Rydlewskiego we Wrocławiu, którego gorąco polecam, ale jeśli zarzucasz Hellingerowi, że przyniósł ludziom Świata Zachodu najlepszą cząstkę kultury Indian, coś co może wielu ludziom pomóc, a co jest dla nich niedostępne, to znaczy, że nie życzysz im dobrze, a myślisz tylko o sobie, jesteś takim sobkiem, co kwili w poduszkę jak to mi źle, a karmi się tym, że komuś gorzej. Uważam, że Chopin nie byłby takim wielkim kompozytorem, gdyby przed nim nie było Beethovena i Mozarta, a Haydn, gdyby przed nim nim nie było Bacha. Łapiesz analogię? Można czerpać od innych i rozwijać na potrzeby współczesne i ulepszać. Istotą życia jest postęp, a nie stagnacja, skupiajac się na krytyce innych, stoisz w miejscu lub robisz wręcz krok w tył! Ogarnij się. Ustawienia pomogły mi w ten sposób, że unaoczniły relacje, które były w mojej rodzinie, pozwoliły mi zrozumieć, właśnie w ten prosty, prymitywny sposób, gdy rodzice stoją koło siebie w określony sposób – jak na modelu i wtedy możesz o tym modelu porozmawiać i ktoś ci może coś podpowiedzieć. Ponoć powstaje jakieś pole, ja raczej myślę, że to zwykła ludzka empatia ludzi, którzy odgrywają swoje role, w każdym razie mi pomogła. A NAJWAŻNIEJSZA W TYM WSZYSTKIM JEST POKORA!

  19. AKP napisał(a):

    Miałam wątpliwą przyjemność wizyty u p. A.N. Nasłuchałam się inwektyw, facet zupełnie odłączony od rzeczywistości, nie wiem jak to jeszcze skomentować. Po prostu paranoik jakiś, psychol /tylko bez końcówki -og/. W ogóle dziwię się, że w Polsce nie są tacy ścigani i karani. Nazwałam go małpiszonem za jego głupie, niekulturalne zachowanie, o mało się na mnie nie rzucił, tylko zmasował atak słowny na mnie, wciąż powtarzając to samo. Oczywiście żałuję , że tam pojechałam, ale trudno, na błędach też czasem trzeba się uczyć. Może ktoś to przeczyta i podejmie negatywną decyzję o skorzystaniu z oferty „instytutu”.

  20. Anna napisał(a):

    Widać afery wokół osoby Nechrebeckiego niczego go nie nauczyły on naprawde uważa że jest ponad prawem

  21. Marta napisał(a):

    rozczarowaniem Hellingerem, rozczarowanie rodzicem?

  22. marta napisał(a):

    ja tez korzystałam z samych ustawień grupowych, indywidualnych, jak i terapii z wykorzystaniem tych ustawień i nic mi nie pomogło . to jest taki kit, że nawet mi się nie chce opisywac dlaczego nie. Kłamstweo i oszustwo. Teraz nawet śmiem twierdzić, że osoby które to prowdzą maja świadomość że wpuszczają ludzi w maliny, a nie że mają poczucie misji.Jeszcze bardzie po tym wszystkim jestem zdołowana i nie dlatego, że mi się oczyszcza podświadomość czy coś.Brak efektów i drwina z człowieka.

  23. Ania napisał(a):

    Wielokrotnie, na przestrzeni kilku lat, uczestniczyłam w ustawieniach. Szukałam rozwiązania mojego problemu. Z upływem czasu coraz bardziej i dotkliwiej zależało od tego moje życie.

    Ustawienia nie pomogły mi. Kiedy myślałam, że już chyba po mnie, znalazłam inną „metodę”, i ona mnie uratowała.
    Jednak, zanim na nią trafiłam, to ustawienia dawały mi nadzieję, że kiedyś będzie dobrze, że mam jak sobie pomóc. Nawet gdyby miały być tylko po to, dobrze, że były.

    Ale miały też inne plusy. Dzięki nim nauczyłam się kluczowej (w mojej ocenie) rzeczy: rozpoznawać, cenić, chronić moją tożsamość. Pierwszy raz w życiu ktoś mnie zapytał, co czuję. Wziął to pod uwagę. Był temu przychylny. Uznał to, co czuję, za ważne, uzasadnione, i na tyle prawdziwe, że można temu zaufać i oprzeć się na tym.
    Byłam wiele razy reprezentantką. Miałam też dużo własnych ustawień. Nie poruszały one, co prawda, problemu, z powodu którego na ustawienia przychodziłam, jednak w sprawach, których dotyczyły, były dla mnie emocjonalnie satysfakcjonujące. Zaczęłam pytać samą siebie, co czuję, obserwować to, co czuję, naśladując postawę terapeuty wobec mnie. Robiłam tak na ustawieniach, jak i w codziennym życiu. W wieku trzydziestu lat zaczęłam odkrywać samą siebie.
    Poczucie, że moje emocje i ich świadomość to coś godnego akceptacji, co może doprowadzić do czegoś dobrego, zawdzięczam tym właśnie ustawieniom.

    Szkoda, że nie było tak za każdym razem. Równie często terapeuta nie pytał, co rzeczywiście się u mnie dzieje, tylko narzucał swoją interpretację lub przekonanie, co powinnam czuć i nie dawał ani czasu, ani możliwości powiedzenia NIE, JA CZUJĘ INACZEJ. Nie podążał za tym, nie towarzyszył mi w tym, co NAPRAWDĘ przeżywam w danym ustawieniu. ZAPRZECZAŁ SWOJEJ WŁASNEJ POSTAWIE z poprzednich ustawień. Czasem czułam się wręcz napadana i obwiniana, potraktowana z prawie z wrogością.

    To było dla mnie nie do przejścia.
    Jak to możliwe, że w jednej chwili traktuje się człowieka jako na tyle kompetentnego i normalnego, by poważnie traktować jego odczucia, by za chwilę odmawiać mu prawa głosu lub wręcz zarzucać mu złe intencje, bo jego emocje są takie, jakie są.

    Na pewno ja nie mogłam tak traktować samej siebie na co dzień. Nie potrafiłabym satysfakcjonująco i konstruktywnie funkcjonować w takiej relacji z drugą osobą. Nie widziałam też sensu prowadzenia w ten sposób ustawień (one wtedy do niczego nie prowadzą).

    Podsumowując: nie mogłam swobodnie realizować na ustawieniach tego, czego się na nich nauczyłam. W tej paradoksalnej sytuacji zrezygnowałam z uczestniczenia w nich.

    To poczucie emocjonalnego odrzucenia – bo chyba tak z dystansu to mogę nazwać – bardzo, bardzo bolało.

    Jednocześnie szukałam wszystkiego, co nowe w dziedzinie psychologii. Przetrząsałam internet i wspaniałe poznańskie biblioteki, wierząc, że znajdę coś, co mi zdoła pomóc. Brałam do siebie życzliwość wielu autorów książek i artykułów psychologicznych. Jednak mierzyłam ich przesłanie zawsze swoją miarą, tak, jak nauczyłam się tego na ustawieniach. Jak mówi Bert Hellinger „za pomocą własnej, wewnętrznej instancji”:). Wcześniej nie czytałam w ten sposób.

    Chwytałam się wszystkiego, co mogłam wypróbować. Robiłam to tak, jak ja czułam. W końcu „zszyłam”, po swojemu, pewne dwie metody. Trochę z jednej, trochę z drugiej, TAK, JAK JA CZUJĘ, ŻE TO DO MNIE DOCIERA I TAK, JAK JA CZUJĘ, ŻE MI TO DAJE ULGĘ. Tego nauczyłam się na ustawieniach i wolałam zrezygnować z ustawień niż z tego.

    I rozwiązałam mój problem:). A właściwie wciąż go rozwiązuję, bo wciąż praktykuję tę moją „metodę”. Umacnia mnie wobec tej sprawy, która przez prawie dwadzieścia lat była nie do zgryzienia. Sprawia też, że lepiej sobie radzę w innych dziedzinach życia. Stała się moim sposobem na życie, elementem codziennego dbania o siebie, tak jak sen, jedzenie, itp.

    I tak zarwałam noc, żeby w skrócie opisać moje doświadczenia z metodą Hellingera.

    Chciałabym zacytować zdanie z jednego z poradników psychologicznych Very Pffeifer(chyba tak pisało się jej nazwisko):
    „UWAGA: NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ”.
    Jeśli nie czujecie się wsparci przez ustawienia, nie pozwólcie sobie uwierzyć, że jesteście źli, winni albo coś z wami nie tak. Widocznie dane posunięcie w ustawieniu, dane kompetencje albo pomysł na ustawienie prowadzącego, albo choćby wasza wewnętrzna emocjonalna dyspozycyjność w tym momencie nie pozwalała zrobić nic więcej. Tylko tyle. Jesteście w porządku. Całkowicie w porządku. Szukajcie tego, co dotrze do Was w taki sposób, jak Wy tego potrzebujecie. Macie do tego prawo. Zasługujecie na to.

    Szukanie tego to najlepsze co mamy w życiu do zrobienia.
    Pozdrawiam

  24. Aga napisał(a):

    Niezla z Was grupa wzajemnej adoracji :)
    Puszczanie jadu w sieci, dobre dla trzórzy, ludzi nienawistnych, dla których byc może nie ma ratunku poprzez psychoterapię- bo ona jest nie dla każdego. Niektóre przypadki nie rokują w ogóle, jak w innych chorobach, obawiam się, że wszyscy wyżej podpisani do nich nalezą.
    Byłam pacjentką Andrzeja i ta terapia odmieniła moje życie. Pozbyłam się wieloletniej depresji, znalazlam szczęsliwy związek, skaczyły się poważne problemy mojego dziecka.Stałam się szczęsliwym człowiekiem.I to nie na chwilę ale na długo, mija 3 rok po ukończeniu terapii.
    Dlaczego nie ma negatywnych opinii na temat pracy Andrzeja? Własnie dlatego.
    Poczytajcie moze na temat czym psychoterapia jest, czego wymaga od pacjenta.Nie wystarczy zapłacić i oczekiwać czary mary bez zadnego wysiłku.
    A Wy jestescie gniazdem żmij.Sami taplacie się w swoim jadzie. Na zdrowie.

  25. grzegorz napisał(a):

    AGA nie jest żadną pacjentką Andrzeja to pracownik instytutu którego właścicielem jest Andrzej .Podobne wypowiedzi można było przeczytać na forum instytutu niestety tak reagują pracownicy Andrzeja na krytykę .Jak poszukacie w sieci to zobaczycie lepsze wyzwiska niektóre teksty nawet na wykop trafiały. To co charakterystyczne dla tych ludzi to straszny ładunek agresji ze strony instytutu .Mam na myśli agresje językową tzn.wyzywanie od żmij a jak poszukacie w sieci to lepsze wyzwiska ,To jest wolność słowa w ujęciu sekty z Pocieszka

  26. Edith napisał(a):

    21 kwietnia 2006, godz. 12:00

    A
    A
    A

    Zdrada Berta Hellingera

    Psychoterapia czy okultystyczna inicjacja?

    W Krakowie przebywał Bert Hellinger, jeden z najbardziej znanych współczesnych
    terapeutów, który staje się coraz bardziej popularny na świecie, w tym także
    w Polsce. Urodzony w 1925 r. w Niemczech, studiował filozofię, teologię i pedagogikę,
    a w 1946 r. wstąpił do katolickiego zakonu misyjnego. W zakonie spędził 25
    lat, z czego 16 na misji w RPA, u Zulusów. Po powrocie do Niemiec coraz bardziej
    skłaniał się ku psychologii, a w 1971 r. wystąpił z zakonu i poświęcił się
    psychoterapii. Najpierw studiował psychoanalizę w Wiedniu, później zafascynowała
    go tzw. terapia krzyku A. Janova. Hellinger zgłębił także inne kierunki, m.in.
    programowanie neurolingwistyczne (tzw. NLP), technikę ważną w New Age i odzwierciedlającą
    zasadnicze założenia tej antropologii, podobnie jak metoda Silvy.

    Metoda ta – odrzucana przez wielu naukowców jako kolejna wersja pseudonaukowej
    ideologii „pozytywnego myślenia” – opiera się na założeniu, że postępowaniem
    człowieka kierują określone kody, które można odkryć podczas terapii i świadomie
    się nimi posługiwać. Hellinger włączył elementy NLP do swojej praktyki terapeutycznej
    (dziś terapeuci NLP powołują się także na Hellingera), w której zajął się tzw.
    terapią rodzin. W tym aspekcie uległ też wpływom dynamiki grupowej V. Satir
    (wielokrotnie rozwiedzionej terapeutki rodzin) oraz psychologii Gestalt, autorstwa
    guru F. Perlsa, ściśle związanych z Instytutem Esalen, kuźnią ideologii New
    Age. Widać też u niego wpływ psychodramy J. Moreno i hipnoterapii M. Ericksona.
    Hellinger wkrótce odkrył, że kody nie zawsze pochodzą z naszego życia, ale
    mogą być dziedzictwem przodków. Dokonał tu własnej syntezy, wykraczającej wyraźnie
    poza świat nauki. Duże wrażenie w tym względzie wywarły na nim stosunki społeczne
    Zulusów, zwłaszcza ich pełne szacunku relacje z rodzicami i przodkami. Zamiast
    ewangelizować Zulusów, uprawiających magię i spirytyzm, Hellinger pozwala się
    im „zewangelizować” i pouczyć w zasadach mądrości życia, którą przekazuje innym,
    mówiąc o tzw. ustawianiu rodzin.
    To odejście od chrześcijaństwa oraz konsekwencje takiego odwrotu czy regresu
    można by nazwać „zdradą Berta Hellingera”. Nie chodzi tylko o odejście od kapłaństwa,
    bo to jest sfera bardziej osobista, ale o zdradę wiary chrześcijańskiej, co
    można zweryfikować na podstawie określonych twierdzeń publikowanych czy wygłaszanych
    przez niego publicznie. Hellinger nie jest już chrześcijaninem, a mimo tego
    uparcie przedefiniowuje chrześcijaństwo i pozbawia je istotnego znaczenia.
    Daje tu zły przykład. Odwraca i osłabia znaczenie wartości chrześcijańskich,
    nawet jeśli pokrywa je powierzchownym lukrem humanizmu, gdy mówi o „pojednaniu”
    w rodzinach, które bardzo tajemniczo „ustawia”. Czy jednak tylko humanizmu,
    a nie okultyzmu czy ezoteryzmu? Wielu badaczy ma tu poważne wątpliwości.
    Według krytyka sekt Colina Goldnera („Der Wille zum Schicksal”), Hellinger
    poznawał rozmaite terapeutyczne metody, ale w żadnej z nich nie jest porządnie
    wykształcony ani wykwalifikowany. Do dziś nie jest uprawniony do prowadzenia
    psychoterapii. Hellinger wyrwał z kontekstu znaną od dawna technikę terapii
    rodzinnej i zaopatrzył ją w swój szczególny, ezoteryczny światopogląd. Właśnie
    ta ezoteryczna konotacja charakteryzuje jego terapię i odróżnia ją istotnie
    od poważnej terapii rodzinnej.
    Kościół katolicki w Niemczech też odrzuca Hellingera, podobnie jak wielu specjalistów,
    zwłaszcza z obszaru niemieckojęzycznego. Znane są już np.: ostrzeżenia wybitnych
    profesorów psychologii, takich jak Helmut Lukesch (Regensburg), Meinrad Perrez
    (Freiburg), Klaus A. Schneewind i Dieter Frey (obydwaj z Monachium), ostrzegające
    krytyki z trzech uniwersytetów w Monachium, ostrzeżenia z organizacji „Menschen
    mit Down-Syndrom, Eltern & Freunde e.V.” oraz z organizacji „Lebenshilfe”,
    krytyczne orędzie Związku Terapeutów DGSF, liczne krytyczne artykuły w „Psychologie
    Heute”, „Der Spiegel”, „Die Zeit” i w innych prestiżowych czasopismach niemieckojęzycznych.
    Wszędzie zarzuca mu się nienaukowość, dogmatyzm, niekiedy konserwatyzm. Ja
    zarzucam mu, podobnie jak niemiecki badacz Werner Haas („Familienstellen –
    Therapie oder Okkultismus?”), także okultyzm czy ezoteryzm. Wielkie zastrzeżenia
    w tym kontekście budzi krótki czas trwania jego terapii, zwanej też „ultrakrótką
    terapią rodzin”. Natomiast w Polsce jego pseudonaukowe, antychrześcijańskie
    i bardzo niebezpieczne – w każdym sensie tego słowa – teorie są stawiane na
    piedestale psychologii (mimo sprzeciwu wielu znawców). W Polsce krąży wiele
    książek Hellingera, opublikowanych w wielu wydawnictwach psychologicznych.
    Ostatnio zachęty do uczestnictwa w jego warsztatach można było znaleźć nawet
    na… stronie internetowej Ministerstwa Zdrowia!

    Niemożność wyjaśnienia i brak obiektywnej
    weryfikacji
    „Ustawienia rodzin” to – oficjalnie i eufemistycznie – terapia grupowa, zwana
    inaczej systemową. Zawiera ona w sobie decydujący czynnik poznawczy i zarazem
    wyzwalający. Przeprowadza się ją w obecności wielu osób, z których część uczestniczy
    w „ustawieniu”, a pozostałe są widzami. Prowadzący sesję terapeuta zadaje klientowi
    podstawowe pytania dotyczące jego rodziny i jej przeszłości – najczęściej tragicznej.
    Najważniejsi są tu jednak tak zwani ludzie wykluczeni, potraktowani „niesprawiedliwie”,
    co rzekomo zaburzyło system czy też tajemniczy rodzinny układ. Chodzi nie tylko
    o żyjących członków rodziny, lecz także (czy może przede wszystkim) o zmarłych
    oraz tych, którzy z jakichś względów zostali w rodzinie niesprawiedliwie potraktowani,
    zapomniani czy zlekceważeni. Nie chodzi tu jednak o sprawiedliwość w sensie
    etycznym, ale funkcjonalnym, dlatego że Hellinger wyklucza „sumienie jednostkowe”
    na rzecz „sumienia klanowego”, które działa jakby mechanicznie, odruchowo i
    na sposób bezwzględnej konieczności. Nie chodzi tu zatem o prawa „zła moralnego”,
    ale jakby „zła fizycznego”, idzie bowiem o mechanizmy prawie fizykalne czy
    kosmiczne.
    W tak pojętym systemie liczą się także poprzedni partnerzy i małżonkowie, kochankowie
    czy bliscy przyjaciele. Trudno tu więc wytyczyć jakiekolwiek granice w racjonalnym
    sensie tego słowa. Drzewo rodzinne jest ogromne i dotyczy głównie umarłych.
    A jednak wszyscy oni w tym samym stopniu uczestniczą w układzie, który ma wpływ
    na życie klienta i jest rzekomo właściwą przyczyną wszystkich jego problemów.
    Ten wpływ ujawnia się w trakcie „ustawień” w sposób bardzo tajemniczy (łac.
    occultus).
    Wedle Hellingera, wszyscy członkowie rodziny mają takie same prawo do uczestnictwa
    w systemie. Krzywda albo wina jednego członka zawsze domaga się „wyrównania”
    w kolejnym pokoleniu. Przypomina to jednak bardziej działanie w fizykalnym
    układzie naczyń połączonych niż w sferze moralnej, opartej na autonomii wolnego
    wyboru. Zazwyczaj klient nieświadomie identyfikuje się z którymś ze swoich
    przodków. Nie jest jednak jasne, jak działa ten mechanizm i dlaczego jest tak
    ważny. Sam Hellinger powtarzał wielokrotnie, że nie wie, dlaczego to wszystko
    tak się dzieje. Tę identyfikację Hellinger nazywa uwikłaniem i w nim upatruje
    przyczyn zaburzeń i chorób.
    Jeszcze dziwniejszy jest fakt, że ludzie uczestniczący w ustawieniu, którzy
    reprezentują poszczególnych członków rodziny klienta (wybrani dowolnie spośród
    widzów), w trakcie terapii odczuwają emocje tych osób, szczególnie zmarłych
    (!). Obcy i przypadkowi ludzie stają się – w sposób niewytłumaczalny – nośnikami
    prawdy o rodzinie. Zdarza się, że odczuwają oni emocje członków rodziny klienta
    w sposób fizjologiczny, na przykład jako ból brzucha czy ciężar na karku.
    Sam Hellinger przyznaje, że „to dziwna cecha owych ustawień: wybrani przedstawiciele,
    biorąc w nich udział, czują się jak prawdziwi członkowie rodziny. Odczuwają
    częściowo nawet symptomy, które mają tamci, nic o nich nie wiedząc. Na przykład
    jedna z takich osób dostała ataku epilepsji podczas reprezentowania epileptyka.
    Często ludzie ci cierpią z powodu przyspieszonego bicia serca lub wychłodzenia
    jednej strony ciała. W trakcie zadawania pytań okazuje się, że dolegliwości
    te rzeczywiście występują u osób, które są reprezentowane. Nie można tego wytłumaczyć
    [podkr. AP]. Można jednak stwierdzić istnienie tego fenomenu setki i tysiące
    razy w trakcie takich ustawień” (B. Hellinger, G. ten Hövel, Praca nad rodziną.
    Metoda Berta Hellingera, Gdańsk 2004, s. 14).
    Także świadkowie nie pozostają obojętni wobec tego, co dzieje się na scenie.
    Tego mechanizmu nie da się do końca wyjaśnić, sam Hellinger nazywa go „wiedzącym
    polem”. Ustawienia rodziny wykorzystują coś zupełnie nowego, co dotychczas
    nie było świadomie zauważone w żadnym kierunku terapeutycznym. Jest to zjawisko,
    które po raz pierwszy zostało określone jako „wiedzące pole” przez Albrechta
    Mahra. Bez zrozumienia tego fenomenu nie można zrozumieć i pojąć pracy z ustawieniami
    rodziny. „Wiedzące pole” znaczy tyle, że „reprezentanci” otrzymują dostęp do
    wiedzy osób, których miejsca zajęli. Jako te osoby odbierają uczucia i relacje
    ustawianej rodziny. Jak „reprezentanci” nawiązują kontakt z głębszą warstwą
    lub prawdą związków w obcym systemie – jest to dotychczas niewyjaśnione.
    Próby wyjaśnienia jednak nie ustają. Powstaje tu często pewien paradoks: jednocześnie
    mówi się nam, że bez zrozumienia zjawiska „wiedzącego pola” nie można pojąć,
    jak działają ustawienia rodzinne, a z drugiej strony owo zjawisko jest dotychczas
    niewytłumaczone. Gabriele ten Hövel, chcąc wyjaśnić te zagadki, zwraca się
    do samego Hellingera, ale niewiele osiąga:
    „G.H. Odnosi się wrażenie, że mamy tu do czynienia z magią. Lub z przykładem
    morfogenetycznych pól Ruperta Sheldrake’a. Czy można w ten sposób wyjaśnić
    oddziaływanie ustawień rodzinnych?
    B.H. Właściwie teorie takie są mi zupełnie obojętne. Widzę przecież, że to
    po prostu ma miejsce. Teoretyczne wyjaśnienia nie wnoszą niczego do praktyki.
    Wiele osób chce wytworzyć sobie obraz tłumaczący, jak coś takiego jest możliwe.
    Nie potrzebuję takich wyjaśnień, by pracować” (B. Hellinger, G. ten Hövel,
    dz. cyt., s. 72).
    Kiedy wewnętrzne poznanie poprzez uczucia staje się jasne, terapeuta dyktuje
    uczestnikom proste zdania, które wypowiadają wobec siebie. Słowa te mają za
    zadanie przywrócenie „równowagi” czy „harmonii” w systemie. Przypomina to bardziej
    magiczny rytuał niż racjonalnie i empirycznie uzasadnioną terapeutyczną technikę.
    Według Niemieckiego Towarzystwa Terapii Systemowej i Terapii Rodzinnej, „Hellinger
    postuluje istnienie porządku podstawowego i hierarchii oraz zawsze przedstawia
    swoje koncepcje, interpretacje i interwencje z absolutną pewnością, która w
    ogromnym stopniu ogranicza autonomię klientów. Jednocześnie unika poważnej
    i krytycznej dyskusji na temat swojej metody i woli otaczać się gromadą <>
    zwolenników. Prowadzi to do powstania aury <>, co jest nie
    do pogodzenia z przejrzystością terapii systemowej” (…).

    Guru Hellinger
    Hellinger nie wyjaśnia mechanizmów w tych teoriach czy rytuałach, ale rzekomo
    je tylko opisuje, nazywając siebie fenomenologiem. Ale fenomenolog – pamiętamy
    to z wykładów Husserla czy Ingardena – powinien zawiesić sąd o naturze opisywanej
    rzeczywistości, a w konsekwencji nie rozstrzygać, nie oceniać, nie podejmować
    decyzji. Tu jest jednak inaczej. Hellinger ocenia, i to szybko. Następnie
    działa, żądając posłuchu bez możliwości sprzeciwu czy dyskusji o alternatywnych
    sposobach interpretacji. Podobnie działał inny autorytarny guru, F. Perls,
    twórca psychologii Gestalt (mającej istotny wpływ na ideologię Hellingera),
    który nawet dopuszczał się bicia, a nie tylko upokarzania swoich klientów
    (co bywa normalne w tego typu „terapiach”).
    W kontekście takich światopoglądowych założeń, które trudno obiektywnie zweryfikować,
    spośród obecnych na warsztacie klient wybiera osoby, które będą „reprezentować”
    członków jego rodziny, a następnie ustawia je w przestrzeni, zgodnie z własnym
    odczuciem. To odczucie – czy w ogóle uczucia klienta, a także jego „reprezentantów”
    – okazuje się decydującym i niemalże nieomylnym sposobem poznania. Hellinger
    natomiast w sposób ostateczny, szybko i autorytatywnie potwierdza prawdę tych
    wszystkich odczuć czy uczuć.
    Arbitralny, całkowicie dowolny czy czysto subiektywny charakter swoich kryteriów
    oceny rzeczywistości (co jest znamienne dla wszystkich przywódców sekt czy
    guru) odsłania sam Hellinger w rozmowie z Gabriele ten Hövel:
    „G.H. Jak Pan może to oceniać, po prostu mówiąc: <>?
    B.H. Widzę przecież system. Kiedy ktoś opowiada o sobie, widzę pewien, być
    może niezbyt jasny obraz jego systemu. Jeżeli pojawia się jakieś odstępstwo,
    od razu to dostrzegam. To jak fałszywy akord, który wychwytuje się od razu.
    G.H. To trochę tak, jak niektórzy mówią, że potrafią widzieć aurę innych osób.
    Dostrzega Pan – by tak rzec – systemową aurę?
    B.H. Wydaje mi się, że to przesada. Kiedy z kimś pracuję, nie funkcjonuję –
    na poziomie świadomości, ponieważ w ogóle nie myślę. Wchodzę w głąb duszy i
    doświadczam w przybliżeniu, czy ustawienie jest harmonijne, czy też nie. Jednak
    to są uczucia bardzo nieostre; nic nigdy nie jest do końca jasne. Ale ja mogę
    w ten sposób pracować [podkr. AP]” (B. Hellinger, G. ten Hövel, dz. cyt., s.
    73).
    Autorytaryzm, któremu posłusznie poddają się jego rozmówcy i klienci, sam w
    sobie jest zawsze bardzo tajemniczym, choć wielokrotnie rozjaśnianym w badaniu
    zjawiska sekt mechanizmem. Mówi on o istnieniu pewnych praw, ale nie wyjaśnia
    mechanizmu ich działania. Z naukowego punktu widzenia trudno zweryfikować,
    na ile prawa rządzące metodą Hellingera działają, a szczególnie na ile „reprezentanci”
    systemu rodzinnego czują to, co odczuwaliby jego prawdziwi członkowie. Hellinger
    każe wiele założeń przyjąć nam na wiarę, np. działanie „wiedzącego pola”, które
    przypomina platońską „duszę świata”, teorię „Kroniki Akaszy” w wydaniu okultysty
    R. Steinera czy gnostycką wizję „Nieświadomości zbiorowej” C.G. Junga.
    Ewangelickie Biuro Centralne ds. Sekt i Zagadnień Światopoglądowych w Berlinie
    zalicza autorytarną „terapię ustawień” B. Hellingera do myślenia ezoteryczno-magicznego.
    Ideologia rozpowszechniana przez jego „Międzynarodowy Zespół Rozwiązań Systemowych”
    i trzydniowe kursy przygotowujące przyszłych „terapeutów ustawień rodzinnych”
    krytykowane są niezwykle ostro przez znawców sekt, szczególnie z niemieckiego
    kręgu językowego. Postrzegają oni to działanie jako wspólnotę ideologiczną
    o charakterze kryminalnym, którego jednak na razie nie można stwierdzić pod
    względem prawnym.
    Odwodząc nas od zasad „wiary”, niemiecki „guru psychosceny” wprowadza nas w
    obszar „zawierzenia wierzeniom” – nieweryfikowalnej gnozy i jej kultycznych
    postaw.

    Zaufaj duszy, czyli
    od wiary do gnozy
    Ponownie zapytuje Hellingera Gabriele ten Hövel:
    „G.H. Niektórzy mówią: <>. Czy ma to coś
    wspólnego z tym widzeniem?
    B.H. Być może. Pewna kobieta napisała do mnie: <>.
    Dusza pozostaje w kontakcie z czymś większym. Tak więc nagle jawi mi się rozwiązanie
    i widzę zależności, których nie można dowieść” (B. Hellinger, G. ten Hövel,
    dz. cyt., s. 74).
    Ustawienie kończy się, kiedy wszyscy jego uczestnicy uznają, że stoją we właściwym
    miejscu, i czują się w nim dobrze. To jest decydujące kryterium prawdy. Zazwyczaj
    wtedy właśnie klient wchodzi na miejsce swojego „reprezentanta”, aby w pełni
    zdać sobie sprawę z uczuć, jakie się pojawiły. Sam obraz, który się wtedy wytwarza,
    ma działanie „uzdrawiające” i zazwyczaj nie wymaga komentarza.
    Dlatego podejrzenia wobec Hellingera narzucają się same. Nie jest materialistą,
    ale interpretuje wymiar duchowy na sposób praw fizyki. Nie lubi ezoteryzmu,
    ale otwiera się na spirytyzm. Sprzyja temu nie tylko wspomniana nieweryfikowalność
    (o czym przypominają liczne protesty profesorów psychologii), lecz także przekraczanie
    poziomu terapii, wkraczanie na teren duchowości, także chrześcijańskiej, a
    co gorsza przedefiniowywanie tejże duchowości. Na przykład kwestii winy, a
    zwłaszcza problemu ofiary. W tym względzie jest typowym gnostykiem, który rzeczywistość
    zła traktuje prawie materialnie.
    Ta duchowa „wiedza” czy raczej „gnoza” nie daje jednak żadnej ostatecznej pewności.
    W pierwszych latach praktyki Bert Hellinger reprezentował tak zdecydowany pogląd,
    iż twierdził, że można ustawić swój system pochodzenia tylko raz. Jeśli ktoś
    chciałby ustawić system drugi raz, znaczyłoby to, że nie ufa dostatecznie swojej
    duszy. Od tego czasu jego poglądy na ten temat się zmieniły. W 1997 r. na posiedzeniu
    Stowarzyszenia Terapeutów Ustawiających Rodzinę Hellinger stwierdził, że możliwe
    jest więcej niż jedno ustawienie, bo daje to większy wgląd w pierwotny problem.
    Owocem tych wglądów jest jednak antyewangeliczny naturalizm – całkowity prymat
    rodziny nad duchowością lub najściślejsze utożsamienie rodziny z duchowością.
    Jest to niemalże pogański kult rodzinnego klanu, zjawisko znane z etnologii.
    Według niemieckiego guru, „systemy rodzinne mają taką moc i tak silne więzi,
    a zarazem coś tak poruszającego wszystkich ludzi, niezależnie od ich zachowań,
    że w całości polegam na nich (…). Nie ma niczego silniejszego od rodziny.
    Kiedy ingeruję w sposób, któremu rodzina się sprzeciwia, zaburzam porządek”
    (B. Hellinger, G. ten Hövel, dz. cyt., s. 82).
    „Zostaw rodzinę, idź, głoś ewangelię” – mówi Jezus. „Zostaw ewangelię – zajmij
    się rodziną” – mówi Hellingerowi jego dusza. Takie jest orędzie jego duszy,
    ale jest ono sprzeczne z Duchem Chrystusa. Hellinger zresztą naucza, że wyrósł
    z chrześcijańskiej wiary i może teraz zaufać własnej duszy. Takiej „duchowości”
    naucza też innych na swoich warsztatach i terapiach. Nie jest jednak jasne
    – sam do owej niejasności się przyznaje – czy ufając nadmiernie własnym uczuciom,
    ufa on duszy czy też może ufa nieznanym duchom, choć znanego pochodzenia, które
    głoszą – zgodnie ze swą zniewoloną naturą – ideologię fatalizmu, typową dla
    wszelkiego ezoteryzmu czy okultyzmu.

    Krok wstecz, czyli myślenie fatalistyczne
    Zdrada Berta Hellingera przybrała konkretne, a nawet dogmatyczne kształty.
    Oto w skrócie fatalistyczne dogmaty Hellingera, przypominające bezduszną
    „sprawiedliwość” Prawa Karmy i Reinkarnacji, do którego przyznają się spirytyści,
    teozofowie, antropozofowie i zwolennicy New Age:
    1. Każdy w systemie ma prawo do przynależności i do swojego miejsca.
    2. Każdy w systemie ma prawo do rangi i do szacunku wynikającego z zajmowanego
    miejsca.
    3. Każdy ma prawo do wyrównania w dawaniu i braniu. Jeżeli któreś z powyższych
    praw zostaje naruszone, to mamy do czynienia z pokrzywdzeniem… systemu. System
    wyrównuje i karze. System połyka ofiary przeniesienia i kompensacji. Nie ma
    „zmiłuj się”. Córka popełnia samobójstwo w zastępstwie ojca, zaś „duchowni
    są prawie zawsze ofiarowywani w rodzinie jako pokuta za coś oraz dla wyrównania
    jakiejś krzywdy” (Terapia systemowa Berta Helligera, red. G. Weber, Gdańsk
    2005, s. 140).
    W praktyce oznacza to, że ofiary mają akceptować swoich oprawców. Zranione
    dzieci mają akceptować najgorszych rodziców, Żydzi mają kochać Hitlera itp.
    Nie na zasadzie miłości – w tym momencie Hellinger zwodzi wielu – ale na zasadzie
    religijnej akceptacji fatum czy nawet miłości fatum (już Nietzsche nauczał
    „amor fati”), co jest przeciwieństwem prawdziwej miłości, zawsze opartej na
    wolności.
    Mamy tu też ślady prymitywnej kastowości, powielanej dziś np. w hinduistycznych
    sektach. W tej Hellingerowskiej akceptacji ważne jest również to, że osoby
    niższe rangą w rodzinnym porządku nie mogą wybaczać swoim oprawcom. Ktoś niższy
    rangą nie może bowiem winić nikogo wyższego rangą. To nie jest miłość, ale
    bezduszna obojętność, wynikająca z mechanicznego prawa. Wiąże się to ze swoistą
    koncepcją sumienia, które nie jest jednostkowe, ale grupowe czy klanowe.
    Według Hellingera, przede wszystkim więc „istnieje sumienie grupowe. Do grupy,
    w której ono oddziałuje, należą dzieci, rodzice, dziadkowie, rodzeństwo rodziców
    i osoby, po których pozostały puste miejsca, na przykład poprzedni małżonkowie
    lub ukochani rodziców. Jeżeli więc którejś z tych osób przydarzy się nieszczęście,
    w grupie powstaje potrzeba wyrównania. To znaczy, nieszczęście, które miało
    miejsce we wcześniejszych pokoleniach, później zostaje jeszcze raz wcielone
    i przeżyte przez kogoś, by w końcu można było się z nim uporać. Jest to tak
    zwany systemowy przymus powtórzeń [podkr. AP]. Ten rodzaj powtarzania nigdy
    jednak niczego nie porządkuje.
    Ci, którzy muszą wziąć na siebie los danej osoby, są niesprawiedliwie absorbowani
    przez sumienie grupowe [podkr. AP]. Są zupełnie niewinni. Natomiast tym, którzy
    rzeczywiście zawinili, na przykład oddając albo odtrącając dziecko, powodzi
    się dość dobrze. Sumienie grupowe nie jest więc sprawiedliwe dla potomków.
    Widocznie ma to coś wspólnego z pierwotnym porządkiem w systemach rodzinnych”
    (B. Hellinger, G. ten Hövel, dz. cyt., s. 14-15).
    Jest to więc prawdziwy kolektywny system, czyli niewola fatum, której trzeba
    się podporządkować. Tak jak w „Systemie” opisanym przez G. Orwella i wszystkich
    „systemach totalitarnych” sumienie kolektywne, klanowe czy grupowe jest ważniejsze
    od sumienia indywidualnego. Dla Hellingera sumienie jednostkowe ponadto nie
    spełnia „żadnej funkcji transcendentalnej czy boskiej. Nie mówi nam więc, co
    jest dobre i złe w ramach wyższego porządku” (B. Hellinger, G. ten Hövel, dz.
    cyt., s. 38).
    Jest to więc wielki zamach – po raz kolejny – na prawdziwą wolność sumienia,
    wolność moralną, instancję decydującą z antropologicznego i teologicznego punktu
    widzenia o zbawieniu wiecznym człowieka. O taką personalistyczną wolność walczyła
    antropologia Wojtyły, Kierkegaarda, Bubera, Bartnika czy Krąpca. Skierowana
    zawsze przeciwko temu, że czasem w życiu ludzkim rządzi nie „Ktoś”, ale „coś”
    (S. Kierkegaard), nie „Ty”, ale „ono” (M. Buber). Dla K. Wojtyły „transcendencja
    pionowa” bytu ludzkiego ujawnia się właśnie w indywidualnej osobowej wolności.
    Gnostyckie uderzenie w tajemnicę wolności to uderzenie w powagę zła, jak też
    we właściwie pojętą teologię zdrowia i choroby, a jednak zwodniczy guru Hellinger
    zajmuje się także terapią chorych na raka (por. B. Hellinger, Dlaczego właśnie
    ja, Wrocław 2004). Jest to niebezpieczne dla zbawienia tych ludzi. Kto się
    za nimi wstawi? Nie ma tu woli, głębi, walki. Nie ma tu miejsca na zbawcze
    cierpienie, na logikę krzyża jako właściwe rozwiązanie problemu winy. Nie ma
    też wyjaśnienia tego mechanizmu.
    W takim kluczu fatalistycznej depersonalizacji Hellinger przedefiniowuje grzech
    własny i pokoleniowy, sugerując, że chodzi o ślepy mechanizm, który można rozwiązać
    poprzez powierzchowne rytuały. Odmawia każdemu jego winy indywidualnej, co
    jest nieprawdziwe i w najwyższym stopniu niebezpieczne. Ofierze wykorzystania
    seksualnego przez ojca Hellinger powtarza: „Ojciec nigdy nie jest winny, to
    zadziałał mechanizm z przeszłości”. Siostrze zakonnej zaś powie, że poszła
    do zakonu wyłącznie ze względu na niesprawiedliwe potraktowanie w klanie rodzinnym
    kochanka jej prababci. Zadziałał tu mechanizm FATUM, nieustannie żądający ofiary.
    W podobnym duchu rozgrzeszający się z grzechów seksualnych wyznawca astrologii
    powoływał się na Wenus, a zabójca na oddziaływanie Marsa (przykład ten wyśmiewał
    już św. Augustyn).
    Rozstrzygnięcia moralne Hellinger pozostawia temu, co bezwolne i nieosobowe,
    ale czy rzeczywiście bezosobowe? Odrzuca on tak ważny dla teologii zbawienia
    – oparty na teologii krzyża – sens ofiary, pokuty czy ekspiacji, w zamian oferując
    nam powierzchowny pogański rytualizm, związany ze spirytystycznym kultem ofiarniczym.

    Kult przodków, czyli
    inicjacje spirytystyczne
    Drzewo pokoleniowe w modelu Hellingera (podobnie jak w wierzeniach Zulusów)
    obejmuje z konieczności więcej zmarłych niż żywych. Sprzyja to koncentracji
    nie tylko na temacie śmierci, ale na temacie umarłych czy duchów. W tym kontekście
    rodzi się swoista nekrofilia czy forma paranaukowej czy raczej pseudonaukowej
    nekromancji. Sprzyja temu generowanie stanów medialnych, przedefiniowanych
    na stany emotywne, które dla Hellingera stanowią podstawowe kryterium prawdy.
    Osoba, której rodzinę się ustawia, zawsze słucha z ogromną uwagą tego, co przekazują
    „reprezentanci”. Bardzo rzadko zdarzało się, że odrzuciła przekazywane informacje
    jako nietrafione. Raczej – jak zaczarowana – jest zaskoczona prawdziwością
    słyszanych wypowiedzi, nawet jeżeli są sprzeczne z „powierzchownymi” zachowaniami
    w jej rodzinie.
    Wszyscy stają się więc w takim układzie przedziwną wspólnotą mediów czy jasnowidzów.
    Wychodzi więc na to, że w ustawieniach rodzin całkowicie obcy ludzie stają
    się kanałem prawdy o danym systemie (co przypomina channeling). Osoby „reprezentujące”
    zupełnie nieznanych sobie ludzi „odbierają” ich stany… Ale zaraz, ludzi czy
    duchów? Jest empatia, która w takiej sytuacji „otwarcia” na „zaświaty” staje
    się stanem medialnym, gdzie podaje się nieweryfikowalne informacje.
    Weryfikuje je dobre samopoczucie, czasem uzdrowienie, ale jaki obraz świata
    wynosi z tego przeżycia ozdrowieniec? O jakich cudach będzie mówił i jakiego
    boga będzie głosił? Tak jak w nekromancji wygląda to na seans wróżbiarski,
    sterowany przez duchy. Przypomina też seans uzdrowicielski za sprawą duchów
    u Zulusów, gdzie ceną jest utrata wiary i duchowa śmierć. Według K. Kocha,
    „powtarza się to w tysiącach przypadków jako reguła: fizyczne uzdrowienie i
    za to duchowa blokada” (K. Koch, Bóg wśród Zulusów, Poznań 1990, s. 94).
    Zapytajmy więc: „reprezentanci terapeutyczni” czy okultystyczne media? Czyje
    uczucia oni czują? Kto naprawdę przez nich przemawia językiem emotywnych, a
    nawet fizycznych doznań? Faktem jest, że przeżywają oni dziwne stany, których
    także Hellinger nie potrafi wytłumaczyć. Moim zdaniem, przeżywają stany mediumiczne,
    nad którymi nie mają i nie mogą mieć kontroli. Mamy tu do czynienia z faktami
    paranormalnymi, którymi zresztą chlubi się Hellinger, przytaczając je jako
    potwierdzenie swojej teorii. Ludzie tak jak w sekcie poddają się mu i powtarzają
    za nim teksty podyktowanych rytuałów. Coś się dzieje. Jakie jednak siły ukrywają
    się za tymi doświadczeniami?
    Kult plemienny przodków u Zulusów obejmuje takie doświadczenie jak kontrola
    pokoleniowa duchów. Złe duchy „przodków” atakują żywych z rodziny, jak opowiada
    dr K. Koch, światowej sławy ekspert od okultyzmu i egzorcysta, a także lekarz
    medycyny – misjonarz wśród Zulusów w tym samym czasie co Hellinger! Stwierdził
    on, że „o religijnym życiu Zulusów nie można powiedzieć nic pocieszającego.
    Każdy z nich od urodzenia uprawiał magię (…), składali ofiary duchom przodków”
    (tamże, s. 14). Chodzi więc raczej o złe duchy, które kontrolują ludzi na przykład
    poprzez handel wymienny uzdrowień. „Uzdrawiając” ludzi, uśmiercają ich dusze
    i zamykają je na chrześcijaństwo. Jest to swoista inicjacja czy raczej wroga
    Bogu okultystyczna czy spirytystyczna kontrinicjacja.
    K. Koch opisuje liczne tego dowody i przykłady. Jednym z nich jest historia
    czternastoletniej poganki imieniem Mjuda. „Była ona chora – pisze Koch – od
    dwóch lat i rodzina wzywała do jej łoża czarowników i wróżbitów. Nikt nie mógł
    jej pomóc! Czarownicy oświadczyli: przyczyną choroby jest to, że dziewczynka
    nie złożyła ofiary swojej zmarłej matce. Jeżeli nie zrobi tego teraz jak najszybciej,
    to duch zmarłej zażąda jej samej jako ofiary. Ta choroba jest zapowiedzią,
    że duchy nastają na jej życie. Symptomy choroby, na jaką cierpiała Mjuda, były
    identyczne jak symptomy choroby, na jaką zmarły jej matka i babka. Siostra
    dziewczynki też od dawna była chora. Czarownicy stwierdzili, że duchy chcą,
    aby ta siostra została czarownicą. Doświadczenie uczy, że chorzy Zulusi – poganie
    niekiedy szybko przychodzą do zdrowia, gdy przechodzą na służbę do duchów [podkr.
    AP]. Ale chora siostra Mjudy nie chciała tego zrobić. Stan jej stale się pogarszał.
    Chodziła zgięta w dół i powykręcana, jak bardzo stara kobieta, a cera jej była
    tak ciemna, że niemal czarna. Pewna chrześcijanka skierowała ją do Siza Bantu.
    Udręczona siostra przybyła tam i przeżyła gruntowne nawrócenie. Jednocześnie
    została uzdrowiona i uwolniona od ataków mocy ciemności” (tamże, s. 39-40).
    Jest to klasyczny przykład dobrego i skutecznego modelu ewangelizacji. Hellinger
    też próbował ewangelizować Zulusów, ale w końcu sam dał się im „zewangelizować”.
    Miał wypędzać duchy, a teraz je napędza, czyniąc przypadkowych ludzi mediami,
    którym każe doświadczać spirytystycznych ingerencji. Opisany przykład mówi
    o przeniesieniu objawów choroby, ale wyjaśnienie Kocha jest inne niż Hellingera.
    „Systemowy przymus powtórzeń”, jak to nazywa Hellinger, to może być także „przemoc
    złych duchów”, o których wspomina Koch.
    Nie jest to jednak tylko sprawa języka. Według mnie, rozeznanie duchowe Kocha
    bardziej przekonuje, dlaczego i od kogo „terapeutyczny reprezentant” otrzymuje
    wiedzę paranormalną. Takich doświadczeń egzorcyści katoliccy mają zresztą wiele,
    także już w Polsce. Podobne wyjaśnienia „spirytystyczne” doświadczeń pseudopsychologicznych
    czy pseudomedycznych nie są w tradycji chrześcijańskiej niczym nowym. My już
    mamy od dawna swoją tradycję uzdrawiania „drzewa pokoleniowego” (R. de Grandis).
    Trzeba się poważnie podjąć walki o zbawienie naszych drogich zmarłych. Jest
    więc u Hellingera ziarno prawdy, które trafia w lukę postoświeceniowego modelu
    wiedzy, ale na zasadzie swoistej inwersji. Udaremnia on bowiem to, co najważniejsze
    w trosce o przodków: modlitwę i pokutę, ponieważ ostatecznie odrzuca te decydujące
    o zbawieniu sposoby prawdziwie duchowego działania.
    Drzewo pokoleniowe musi być bowiem omadlane także w cierpieniu, a nie pozornie
    „oczyszczane” w bezpłodnych, ale też niebezpiecznych rytuałach spirytystycznej
    psychodramy. Czary to największy grzech, grzech bałwochwalstwa i obrzydliwości
    w oczach Bożych. Tej oceny nie znajdziemy w „podpowiedziach duszy” Hellingera
    ani w „emocjonalnych odkryciach” współpracujących z nim „terapeutycznych reprezentantów”.
    Za „poznawczymi emocjami” czy „psychologiczną empatią” skierowaną radykalnie
    ku zmarłym może się ukrywać „spirytystyczny mediumizm”. Zwłaszcza w niejasnym
    kontekście intelektualnym i nieczystym kontekście duchowo-moralnym. A to właśnie
    mamy u Hellingera. Semantyczna nakładka nowomowy nie zmienia spirytystyczno-demonicznej
    ontologii, jest co najwyżej chowaniem głowy w piasek. Sam Hellinger jest naiwnie
    nieświadomy mocy duchowego czy spirytystycznego zwodzenia, gdy odpowiada na
    pytania G. ten Hövel:
    „G.H. Czy może Pan podać przykład takiego oddziaływania poprzez pokolenia?
    Jak można to sobie wyobrazić?
    B.H. Mogę wymienić jeden wstrząsający przykład. Jakiś czas temu przyszedł do
    mnie pewien adwokat, zupełnie rozstrojony. Badał on historię swojej rodziny
    i odkrył rzecz następującą: jego prababka, będąc w ciąży ze swoim mężem, poznała
    innego mężczyznę. Pierwszy mąż zmarł 31 grudnia w wieku dwudziestu siedmiu
    lat i istnieje podejrzenie, że został zamordowany. Gospodarstwo, które ta kobieta
    odziedziczyła po mężu, przekazała nie pierworodnemu, lecz synowi z następnego
    małżeństwa. Była to wielka niesprawiedliwość.
    Od tamtej pory w tej rodzinie trzech mężczyzn zabiło się w wieku dwudziestu
    siedmiu lat 31 grudnia. Kiedy adwokat to zauważył, skojarzył to z faktem, że
    jego kuzyn ma akurat tyle lat i że niedługo kończy się grudzień. Pojechał do
    kuzyna, by go ostrzec. Tamten już kupił pistolet, żeby się zastrzelić. Tak
    działa uwikłanie.
    Później ten adwokat jeszcze raz przyszedł do mnie, kiedy istniało u niego silne
    zagrożenie samobójstwem. Poprosiłem, by stanął plecami do ściany i wyobraził
    sobie martwego mężczyznę oraz powiedział do niego: <>” (B. Hellinger, G. ten Hövel, dz. cyt., s. 15).
    Oto sedno sprawy, oto – być może – rozwikłanie zagadki manifestacji mocy. Rytuał
    magiczno-spirytystyczny. „Daj miejsce duchowi (zmarłego?) w swoim sercu” –
    tak wygląda nieustannie obligatoryjny rytuał. Wygląda to na ludzką życzliwość,
    ale Hellinger upiera się przy rytuale, który ponoć działa. Czyni go nawet podstawą
    wszystkiego:
    „G.H. Powróćmy jeszcze do kwestii rytuału. Pańska terapia jest dość ściśle
    ustalona. Przebiega wedle określonego porządku i zawiera około trzydziestu
    stałych formuł-rozwiązań.
    B.H. Wszystkie one są osobnymi zdaniami. Kiedy z nimi pracuję, stosuję je wariantowo.
    Kiedy zdania te się wypowiada, kontakt się nie nawiązuje. Dlatego nie jest
    to rytuał, w którym wszystko przebiega zawsze tak samo. Jest to ryt dopasowany
    do każdorazowej sytuacji” (B. Hellinger, G. ten Hövel, dz. cyt., s. 74-75).
    Dlaczego rytuał działa, jaką mocą? Okazuje się, że z samego umiejscowienia
    osób w przestrzeni można odczytać komunikat dotyczący istniejących między nimi
    relacji. Potem terapeuta-guru dokonuje stopniowych zmian w tym układzie, a
    reprezentanci-media mówią o swoich (choć niekoniecznie własnych) „emocjach”
    z tym związanych. Klient-inicjowany przygląda się temu z boku, dostrzegając
    powoli, gdzie leży źródło jego problemu. To jest zbyt proste, by było prawdziwe.
    Jest nieprawdziwe jako terapia, prawdziwe zaś jako inicjacja, jak to widać
    na przykładzie Transcendentalnej Medytacji (TM).
    Nie jest więc przypadkiem, że większość terapeutów hellingerowskich pochodzi
    z rozległego obszaru psychosceny ezoterycznej. Są to homeopaci, terapeuci wierzący
    w reinkarnację albo wyznawcy „Aura-Soma-Praktiker”. Po prostu wszystko, co
    pochodzi ze sceny okultystycznej czy ezoterycznej, zasadniczo jest kompatybilne
    z Hellingerem. Okultystyczne inklinacje Hellingera, podejmowanie kontaktów
    ze zmarłymi przodkami lub wchodzenie w „wiedzące pole”, z którego wywodzi on
    swoje „odwieczne prawdy”, spoufalają się z duchem obecnych czasów.
    Tymczasem za grzechy pokoleniowe ducha musi być duchowa pokuta, którą Hellinger
    (jak zresztą każdy ezoteryzm czy okultyzm) eliminuje. Żadne parahipnotyczne
    psychodramy ani spirytystyczne rytuały tu nie pomogą. Gdy przechodzimy od chrześcijaństwa
    do pogaństwa, gdy zdradzamy Chrystusa, uprawiając nierząd z duchami, uważajmy
    – stan będzie dużo gorszy niż poprzednio. Będzie więcej chorób i nieszczęść,
    więcej grzechów i więcej demonów. Takie „terapeutyczne” lekarstwo jest bowiem
    gorsze od samej choroby. Strzeżmy się więc jako katolicy zdrady Berta Hellingera
    i jej konsekwencji.

    ks. Aleksander Posacki SJ
    Poniżej link bezpośredni do artykułu
    http://www.radiomaryja.pl/bez-kategorii/zdrada-berta-hellingera/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót