Zaznacz stronę
Tekst ukazał się oryginalnie na Psycho-kit

Dziś głos (niezakneblowany) oddam jednemu z uczestników „integratywnej terapii hellingerowskiej” w Polskim Instytucie Psychoterapii Integratywnej. Na forum tego krakowskiego ośrodka znalazłam taki oto opis terapii. Pisownia i tekst oryginalny; podkreślenia i podział na akapity moje.

Źródło 1

Źródło 2

„Jakiś czas temu uczestniczyłem w grupowej terapii Hellingerowskiej, która trwała pół roku i chciałbym się podzielić z wami moimi obserwacjami, spostrzeżeniami oraz efektami pracy. Do terapi przygotowywała mnie pani psycholog która szkoli się juz bardzo długo w Instytucie na Pocieszka. Oprócz wizyt u pani psycholog czytałem również książki Berta Hellingera „Miłość Szczęśliwa” oraz „Porządki Miłości” które to książki niesamowicie mnie pochłoneły. Po przeczytaniu książek oraz po rozmowach z panią psycholog byłem pełen optymizmu i nadziei, że oto jest coś co może mnie wyrwać z marazmu w jakim się znalazłem po przebytej kilka lat temu depresji. To było wręcz ekscytujące, myśleć sobie iż znów będę cieszył się życiem, odzyskam energię i wolę życia, że będę mógł z pewnością siebie i spokojem patrzeć ludziom w oczy, nie będę się bał spotkań ze znajomymi i będę mógł bez lęku wyjść z domu, wreszcie otworze się na miłość, bo przecież tak bardzo chciałem znowu kochać i czuć się kochanym- … Byłem pełen optymizmu po rozmowach z panią psycholog i po przeczytaniu wpisów na forum – tych krytycznych nie brałem na poważnie-myślałem o krytykach, że na pewno poszli tam żeby udowodnić sobie lub innym, że nic już im nie jest w stanie pomóc- po to tylko żeby móc zaszyć się przed światem, uciec w bezradność i mieć święty spokój z dala od życia. Byłem przekonany ze każdemu uda się zrobić krok do przodu, choćby taki mały, byłem pewien że każdy coś na pewno weźmie dla siebie stamtąd .

Po rozmowie wstępnej, kwalifikującej mnie na grupę, którą odbyłem z A. to już w ogóle – bo człowiek ten zrobił na mnie niesamowite wrażenie – luzak i profesjonalista w jednym, taki prawdziwy mężczyzna. A. oczywiście mówił na pierwszej rozmowie jak i na grupie że czeka nas bardzo ciężka praca. Czas do rozpoczęcia grupy był pełen narodzonej na nowo nadziei którą kilka lat wcześniej straciłem (bo kilka lat temu poddałem się – no bo przecież próbowałem wszystkiego i dalej stałem w apatii z dala od życia i z lękiem przed ludzmi)

Na pierwszym spotkaniu (czterodniowe) uderzające było to, ilu normalnych, wesołych, pewnych siebie ludzi tam jest, a osób z depresją, takich wycofanych i cichych, garstka. Bardzo często byli to ludzie którzy robią świetne kariery zawodowe, prowadza swoje biznesy. Po pierwszym czterodniowym zjeździe byłem trochę zawiedziony, ponieważ myślałem iż uda się coś popracować, a tu tylko „rundki” – czyli każdy opowiada o sobie lub opowiada swoje spostrzeżenia o ustawieniu których przez pierwsze cztery dni było trzy, – były krótkie i niewiele ukazujące. Ale miało się wrażenie iż prowadzący pęka z dumy, a jego zachowanie wskazywało że dokonał czegoś wielkiego. Wróciłem trochę zawiedziony ale miałem nadzieje że to taki początek- takie wprowadzenie, a na kolejnych spotkaniach ruszymy z kopyta i wreszcie coś sie zacznie dziać.

Na kolejnych zjazdach które odbywały się raz w miesiącu znów to samo „pracowaliśmy” od 10.00 do 19.00, tzn. od 10.00 do 15.00 lub 16.00 tzw „rundka” gdzie każdy opowiadał czy miał jakiś „wgląd” i czy coś się u niego „podziało” i często przeistaczało sie to w ogólna dyskusje, gdzie prowadzący często konstruktywnie opierd… delikwenta sprowadzając go na „ziemie” lub szydził z niego, (metoda prowokatywna – chyba ulubiona metoda prowadzącego ) po 15-ej lub 16-ej jedno czasami dwa „ustawionka” (zaraz na początku terapii prowadzący przy okazji jakiejś rozmowy zaznaczył z uśmiechem na twarzy że on np. pracuje bardzo powoli i nie interesuje go czy sie to komuś podoba czy nie), dalej od 17.30 lub 18-ej znowu szybka „rundka” omówienie ustawienia- zakończenie o 19-ej i ze zjazdu na zjazd to samo, a ja miałem wrażenie że jadę po równi pochyłej w dół.

Opowiedziałem pani psycholog z która miałem kontakt a dla której A. jest wielkim autorytetem,- czy nie muszę mieć ustawień żeby zrobić cokolwiek w kierunku zdrowienia – odpowiedziała mi że muszę pracować żeby cokolwiek zmienić i muszę aktywnie starać się o to żeby mieć ustawienia, wiec pokrótce opowiedziałem jej jak wygląda praca na grupie, ona początkowo uspokajała mnie ze wszystko się rozkręci, że to takie początki.

Lecz ze zjazdu na zjazd było tak samo, gdzieś przed końcem terapii opowiedziałem jej to jeszcze raz i wtedy dopiero przyznała że ona była na dwóch grupach i po tym co ja jej opowiadam to ona spada z krzesła i okazała duże zdziwienie że tak mało pracy i że grupa aż 22 osoby.

Ze zjazdu na zjazd czułem się coraz mniej spokojny i martwiło mnie to że ja nic nie popracuje, więc zapytałem kiedyś prowadzącego podczas „rundki” czy wystarczy że ktoś będzie tylko obserwatorem ustawień innych osób żeby w nim zaszły jakieś zmiany, bo grupa duża (na stronie internetowej PIPI jest że grupa ma 15 osób- u nas było 22 z czego 4 osoby nie miały w ogóle ustawień, gdyż brakło dla nich czasu )- prowadzący odpowiedział, że nie muszę mieć żadnego ustawienia żeby poczuć poprawę lub żeby być wyleczonym. Mówił to z niesamowitym zdziwieniem, że ja nie czuje poprawy, po czymś tak wielkim , co on był łaskaw nam dać.

Co do samych ustawień, to nie są one tak wyraziste jak w przykładach podanych przez Hellingera, wybierane były do nich przeważnie te same osoby, które w każdym ustawieniu zachowywały sie podobnie, wiec w osobie obserwującej może to rodzić wątpliwości – ile w ustawieniu „wspólnej duszy” czy też „wiedzącego pola”, a ile osoby/przedstawiciele wnoszą coś od siebie samych.

Acha zapomniałem napisać o reklamie – otóż na każdym zjeździe słyszało się z ust prowadzącego jaka to ta terapia integratywna jest super, ” ponieważ czerpie z innych metod terapeutycznych to co najlepsze, ale w porównaniu z innymi metodami tylko ona daje naprawdę trwałe efekty, że w porównaniu z terapią indywidualna gdzie pacjent stopniowo odczuwa poprawę a po zakończeniu znowu obserwuje się spadek poprawy, to podczas tej terapii pacjent/klient stopniowo czuje się coraz lepiej, ale co ciekawe po zakończeniu, około 6-go miesiąca od zakończenia obserwuje się niesamowity skok poprawy i to wynika z badań, bo pacjentom wysyłane są formularze po sześciu miesiącach, ażeby instytut miał informację zwrotną czy pomaga pacjentowi i w jakim stopniu.”

A. mówił też że to jest to terapia krótkoterminowa dająca trwałe efekty i prowadząca do całkowitego wyzdrowienie (co jest nie na rękę terapeutom posługującym się innymi metodami bo ich pacjenci zazwyczaj do nich wracają) dlatego właśnie jest taki opór i krytyka ze strony różnych środowisk psychologicznych/psychoterapeutycznych, bo po zakończeniu terapii indywidualnej lub grupowej inną metodą i tak zawsze pacjent wróci do psychologa/psychoterapeuty. Wszystko to mówione wzniosłym tonem i z niesamowitą fascynacja przez prowadzącego, który nie mógł się powstrzymać od opowiedzenia tego wszystkiego, nawet gdy ktoś przypominał mu że już to mówił na poprzednich zjazdach.

Tak naprawdę terapeuta używa tylko ustawień oraz metody prowokatywnej (i sprawia mu ona zaje…. radość). Przed rozpoczęciem grupy trzeba wysłać do instytutu rozrysowane drzewo genealogiczne swojej rodziny wraz z krótkim opisem: wcześnie, lub tragicznie zmarłych osób bliskich, aborcji lub rozwodów (nieszczęśliwych miłości) itp. oraz trzeba opisać swoją „drogę życiową” i piszemy to chyba dla siebie samych, być może dla lepszego uświadomienia sobie swojego problemu, oraz w celu dowiedzenia się czegoś o sobie i swojej rodzinie (próba dotarcia do jakiegoś Tabu Rodzinnego), bo na pewno nie dla prowadzącego, ponieważ pod koniec grupy nie pamiętał dobrze imion nie mówiąc już o „przypadkach”.

Każda grupa ma swoje forum gdzie uczestnicy zazwyczaj pod pseudonimami mogą dzielić się między sobą spostrzeżeniami i napisać coś o sobie, forum ma pomóc w wymianie spostrzeżeń oraz ma jakby zcalać grupę. Na mojej grupie „życie” na forum umarło na długo przed końcem terapii. Do dzisiaj, a jestem już po terapii półtora roku żaden formulaż mi nie przyszedł, a lęk, niepokój i stany depresyjne jak były tak są.

Co do ewentualnego „zdrowienia” – to większość uczestników nie deklarowała specjalnej poprawy choć byli i tacy którzy z apatia i smutkiem w głosie mówili że czują się fenomenalnie i że ta terapia dała im bardzo dużo – a prowadzący wtedy promieniał z dumy i włączała mu sie znowu reklama jaka to, ta terapia Integratywna, jest super i nikt nie podważał tego co mówił prowadzący, choć poprzedniego wieczoru wszyscy zwrócili uwagę na brak energii i smutek w głosie, tego któremu się tak polepszyło.

Były też momenty, gdy widać było że osoby dla których robiło się ustawienie bardzo głęboko przeżywały to co się działo, lecz było tego niewiele i zawsze dotyczyło osób z jakimś namacalnym problemem np. śmierć kogoś bliskiego lub aborcja i takim osobom jak najbardziej polecałbym ta terapię -tylko muszą pamiętać że mogą mieć tylko jedno ustawienie przez cały czas trwania grupy, (u nas tylko dwie osoby miały po dwa ustawienia) bo nikt tego nie mówi na początku terapii, więc niech się dobrze zastanowią nad czym chcą pracować. Ciężko mi również powiedzieć czy osobom które w tak szczególny sposób przeżywały swoje ustawienia pomogło to na dłuższą metę, czy też było to chwilowe i przyniosło tylko krótkotrwałą ulgę, ponieważ nie miałem z tymi osobami więcej kontaktu (podejrzewam że „Instytut” również tego nie bada)”

********************

Nie mam żadnych podstaw sądzić, że ten tekst jest spreparowany czy nierzetelny, choć z pewnością subiektywny. I oczywiście, negatywna opinia nie wyklucza innej opinii pozytywnej. Jednak opisane wydarzenia przywodzą mi na myśl mechanizmy działania sekt: łapanie na cierpienie, obietnice poprawy (hellingerowski „przepływ miłości”) bez pokrycia, propaganda, wpływ niekwestionowanego guru, niedopuszczanie do krytyki. Szczerze powiedziawszy, gdybym miała zaznaczyć wszystko to, co mnie poruszyło w tej internetowej anonimowej wypowiedzi musiałabym zaznaczyć cały tekst boldem.

Co się dzieje? Najpierw jest rozpasany marketing psychobiznesu: zachwalanie metody, która – nota bene- nie ma żadnych podstaw empirycznych ani badań skuteczności. Rozbudzenie nadziei przez psychologa, który podsuwa ideologiczne lektury. Podbudowany klient udaje się na „psychoterapię grupową”. A w ofercie ciąg dalszy marketingowej manipulacji: Terapia ma „zastosowanie praktycznie do wszystkich dolegliwości, objawów i problemów zgłaszanych przez pacjentów. Ta forma pomocy daje szereg dodatkowych możliwości w stosunku do terapii indywidualnej i cechuje się dużą intensywnością pracy. W sytuacjach, gdzie problemy są chroniczne i złożone, psychoterapeuta może zalecić właśnie tę formę terapii. Z doświadczeń Instytutu wynika, że uczestnictwo w grupie pozwala we względnie niedługim czasie dokonać poważnych zmian: w samopoczuciu, sytuacji życiowej, związku z partnerem, w pracy. Obecnie grupy prowadzone są metodą Integratywną MetaSystemową, rozwiniętą w Instytucie, opartą m.in. na dokonaniach Berta Hellingera. Grupa liczy około 15 osób.” Terapia ma się nadawać na wszystkie schorzenia (ta metoda nie została przebadania we „wszystkich schorzeniach” więc to twierdzenie jest bezpodstawne) a bazą do oceny skuteczności jest bliżej nieokreślone „doświadczenie Instytutu”. Na haczyku: osoby nieszczęśliwe i samotne, w kryzysie. Spragnieni miłości. I także, co już jest mniej zabawne: osoby z zaburzeniami osobowości, z myślami samobójczymi, z poważnymi chorobami somatycznymi.

Koszt 9 spotkań: 2250 złotych.

Wobec takich obietnic cytowany klient wyłącza krytyczne myślenie– z jednym wyjątkiem: krytyków metody. Klient jest bardzo krytyczny w stosunku do krytyków, którzy, według niego, nie chcieli zmian, za mało „pracowali”, sami byli sobie winni. Spokojnie łyka indukowane przez psychobiznes przekonanie, że za wyniki terapii tylko i wyłącznie odpowiada sam pacjent. To stanowisko jest kompletnie błędne w świetle empirii. No i daje efekty uboczne w postaci samooskarżeń, pogorszenia stanu, zezwolenia na manipulację i zwolnienia terapeuty z odpowiedzialności.

Dalej, nasz bohater raportuje coraz to nowe rozbieżności z ofertą. Grupa liczy 22 osoby (czyli „około 15″), zdecydowanie za dużo na jakąkolwiek pracę, ale prawa rynku są nieubłagane, 16 tysięcy za ponadmiarowe siedem osób każdemu się przyda. Przy takiej grupie równie dobrze klient może sobie obejrzeć terapeutę w telewizorni niczym Kaszpirowskiego. Cztery osoby nie miały nawet swoich ustawień. Grupa nie obejmuje osób w kryzysie, a „normalnych, wesołych, pewnych siebie”. Klient po depresji i ciągle zdołowany czuje się w mniejszości.

Rozczarowanie rośnie: nie ma prawie „pracy” a miało być intensywnie, mało jest ustawień a te które są, nie są tak spektakularne jak u Hellingera. Do ustawień wybierane są wciąż te same osoby, które -jako reprezentanci- raportują te same odczucia. Co akurat nie dziwi, ponieważ reprezentanci z pewnością nie odbierają magicznych „pól” a odgrywają swoje urazy. No i w książkach wszystko jest pięknie, tak jak i w programach telewizyjnych, gdzie materiał okrojony jest do najbardziej malowniczych scen. Jednak manipulacja psychobiznesu trwa dalej: obdarzona zaufaniem psycholog zapatrzona w prowadzącego przekonuje wątpiącego klienta do kontynuacji terapii.

Zastrzeżenia budzi przekonanie terapeuty a raczej guru, że samą swoja obecnością, budującą atmosferą i obecnością „pola” uzdrawia uczestników. Klient jakoś nie czuje żadnego uzdrowienia. Zauważa za to przemoc psychiczną w wykonaniu prowadzącego, szyderstwa, prowokacje, brak szacunku i zadufanie: natchnionemu „terapeucie” wyraźnie rozdęte ego przesłania rzeczywistość. Guru prowadzi negatywny marketing i dyskredytuje inne metody terapeutyczne. Bezpodstawnie, natchniony ideologią jaką wyznaje.

Wbrew obietnicom rezultaty terapii nie są śledzone. Klient sygnalizuje brak poprawy. Zauważa także, że inni uczestnicy nie odnotowują żadnych spektakularnych „uzdrowień” a ci, którzy trąbią o sukcesie są nieprzekonywujący. Tak działa dysonans poznawczy. Słodkie cytryny, kwaśne winogrona…

Człowiek ze skłonnością do depresji, pomijany w pracy grupowej, wychodzi z terapii rozczarowany i bez żadnej poprawy.

W Konfrontacjach radia TOK FM (także tutaj) profesor Jerzy Mellibruda usiłuje nas przekonać, że jeśli są jakieś skargi na pracę terapeutów to są to skargi „osób rozczarowanych” (czytaj: roszczeniowych). Problem w tym, że przy braku standardów nie da się odróżnić „rozczarowania” od „krzywdy” a w rzeczywistości te dwie sprawy się mieszają. Czy cytowany klient PIPI został użyty, zmarnował czas i pieniądze pogarszając swój stan czy tylko się „rozczarował”, bo miał zbyt duże oczekiwania? I kto jego nierealne oczekiwania wzbudził? Czy sekciarską manipulacją da się trwale uleczyć cokolwiek? Proszę sobie odpowiedzieć. Ja w każdym razie radzę – jeśli mogę radzić – użycie własnego zdrowego rozsądku w zderzeniu z marketingiem psychobiznesu i omijanie z daleka terapii bezpodstawnie obiecujących cuda, uleczenie wszystkiego w krótkim czasie, opartych na „indywidualnych opracowaniach” prywatnych „instytutów”. Pozostaje mi nadzieja, że opisywany klient nauczył się inteligentnie z doświadczenia, porzucił zadufanego artystę a zwrócił się do solidnego rzemieślnika.