Odmienne narracje

Napisał Bartosz Kleszcz

Uwielbiam seriale i filmy o mafii. Kiedy myślę o takim życiu i przeglądam, jaka była długość życia większości gangsterów oraz okoliczności ich śmierci (np. większość polskich mafiozów i czołowych gangsterów z lat 90. już dawno nie żyje), to wprawdzie nie jestem przekonany, że takie życie jest najlepszą z najlepszych opcji na zapewnienie bytu rodzinie, ale już siedząc przed ekranem nie jestem w stanie oderwać się od uroku życia mężczyzn w garniturach przewożących nocą dziwne ładunki i ginących lub przeżywających (rzuć monetą) strzelaniny o honor i dochód. Prawdopodobnie za to przestępcze zauroczenie odpowiada ten sam obszar mózgu, który gra pierwsze skrzypce, kiedy mężczyzna zakochuje się w pustej femme fatale, owijającej sobie go wokół palca, albo kiedy kobieta rezygnuje z wielu wartościowych aspektów życia, byle tylko utrzymać związek z agresywnym i toksycznym typem. Zatem zamiast oglądać filmy o dobrych ludziach zmieniających wodę w wino i leczących noworodki uśmiechem skończyłem właśnie trzy sezony świetnego serialu HBO „Boardwalk Empire”, który fabularyzuje karierę Enocha „Nucky” Johnsona (w serialu ma nazwisko Thompson) oraz kilku innych czołowych mafiosów lat 20. XX wieku w USA – na drugim planie przewijają się Al Capone, Arnold Rothstein, Charles Luciano, Johnny Torrio, Meyer Lansky, Joe Masseria oraz inni architekci morderstw, wymuszeń i nielegalnego handlu.

Pilnowałem się mocno, aby nie czytać na Wikipedii życiorysów głównych bohaterów przed ukończeniem serialu, ale coś we mnie pękło i jako że do rozpoczęcia czwartego sezonu jeszcze dwa miesiące, to  zacząłem dowiadywać się o tym, jak po wprowadzeniu prohibicji w USA w 1919 kolejne sprytne osoby z nosem do kapitalizmu odkryły, że obłożenie napojów procentowych rygorystycznymi regulacjami prawnymi wcale nie sprawiło, że gardła Amerykanów przestały potrzebować regularnego nawilżania. Szybko w miejsce legalnie działających firm pojawiły się nielegalne browary i destylarnie, napełniające kieszenie czarnorynkowców dzięki produktom o bardzo różnej jakości – często niskiej lub wręcz trującej. Na przeciętne amerykańskie stoły trafiała wówczas głównie amerykańska tanizna rozcieńczana podejrzaną chemią, natomiast na te bardziej wykwintne importowane alkohole z Irlandii i Kanady. Do 1933, kiedy 21. poprawka do konstytucji Stanów Zjednoczonych uchyliła postanowienia z 18. oraz z tzw. Volstead Act (obie wspólnie ograniczały handel alkoholem), powstało wiele fortun, zbitych na krzywdzie innych, które po legalizacji rozsypały się jak domek z kart. Tak było np. w przypadku Ala Capone.

Cyprian Kamil Norwid pisał, że przeszłość to dziś, tylko cokolwiek dalej – niezmiennie ma rację, ponieważ to samo aktualnie dzieje się i w Polsce przy regulacjach związanych z marihuaną, gdzie brak kontroli państwa zapewnia dochód mafii oraz sprawia, że ludzie i tak wiedzą, gdzie mogą kupić towar (w 2012 9,6% Polaków paliło trawkę), ale nie wiedzą, czy to, co dostają, nie zostało nasączone jakimś syfem np. dla zwiększenia objętości lub zwiększenia kosztem zdrowia siły kopania. Być może za parę lat i u nas dojdziemy do wniosku, że obecny kształt prawa nie usuwa handlu, a przenosi go w sferę, gdzie nie istnieją żadne regulacje jakości i gdzie nie tworzy się żadnego dochodu na rzecz wspólnego dobra – państwa – zamiast tego finansując prywatne fortuny w kraju ciągle podnoszonych podatków. Takie zakazy są wodą na młyn dla osób chcących rozwijać swoją przestępczą karierę i należy być tego świadomym, kiedy ktoś w telewizji mówi tu o zaostrzeniu prawa i zawężaniu wolności obywateli do decydowania o własnym życiu (warto też zapoznać się z tym).

Po przeczytaniu tekstów o historii prohibicji brnąłem przez Wikipedię dalej, czytając już szerzej na temat społeczeństwa w tamtych czasach. To, co tam znalazłem, zainspirowało ten tekst.

Przeszłość to dziś

Lata 20. w wielkich miastach to także czas wielkiego entuzjazmu związanego z postępem naukowym – elektryfikacja, kina, pierwsze kolorowe i udźwiękowione filmy, telefony, samochody Forda – oraz ze zmianami społecznymi. Poluzowały się sztywne normy w dziedzinie seksualności oraz tego, co znaczy być kobietą i mężczyzną, między innymi dzięki aktywności sufrażystek walczących o równouprawnienie przy urnie wyborczej. Wielkie zmiany nigdy nie dzieją się same i zawsze idą na plecach setek i tysięcy ludzi zaangażowanych przez dłuższy czas w jednym kierunku – Hitler, Martin Luther King czy Gandhi nic nigdy by nie osiągnęli samemu.

Moje oko przykuła przede wszystkim jedna piosenka z 1926 na temat tego, co to znaczy być przedstawicielem swojej płci, oddająca transformacje tego dziesięciolecia (poniżej wolne tłumaczenie):

Masculine women, Feminine men
Which is the rooster, which is the hen?
It’s hard to tell ’em apart today! And, say!
Sister is busy learning to shave,
Brother just loves his permanent wave,
It’s hard to tell ’em apart today! Hey, hey!
Girls were girls and boys were boys when I was a tot,
Now we don’t know who is who, or even what’s what!
Knickers and trousers, baggy and wide,
Nobody knows who’s walking inside,
Those masculine women and feminine men!

(Męskie kobiety, damscy mężczyźni
Kto tu jest kogut, kogo gra kura?
Trudno powiedzieć, który to która!
Siostra zajęta, goli swe baki,
Brat kocha swą trwałą i loki,
Trudno powiedzieć, który to która!
Gdy byłem brzdącem facet był facetem, kobieta kobietą
Teraz nie wiemy, kto jest kim, a nawet czym jest co
Spodnie obwisłe, nic nie obcisłe
Nikt nie wie, co się pod nimi kryje
U tych męskich kobiet i damskich mężczyzn!)

Wow. Uderzające, jak pasuje to też do naszej teraźniejszości 90 lat później, prawda? Zacząłem się zastanawiać nad tym w świetle aktualnych współcześnie kwestii. Jak „powinno” się być mężczyzną, kobietą – jak się ubierać, z kim uprawiać seks, kto ma pozwolenie na to, aby mieć dzieci, kto jest grzesznikiem, jaki alkohol jest męski, a jaki jest damski, czy wolno płakać, komu i kiedy, kto robi karierę, a kto zostaje w domu? Tę dziedzinę określa się na uniwersytecie jako gender studies, czyli badania nad tożsamością płciową. Osobiście wpasowuję całkiem nieźle w swój gender i nie doświadczyłem ucisku sztywnych tożsamości płciowych zbyt brutalnie – moje problemy w tej kwestii ograniczają się do barów, gdzie znajomi zamawiają whisky, a ja przy nieprzychylnym uśmiechu barmanki biorę malibu, ponieważ uwielbiam słodkie alkohole, a kokos jest jak dla mnie jak dar z niebios. Jednak na poziomie społecznym to bardzo aktualne rzeczy dla szerokich mas. Ostatnie spory i zmiany nawet w konserwatywnej Polsce ukazują to jak na dłoni: walki o wpływy między dużymi grupami społecznymi na temat tego, czy legalizować związki partnerskie czy nie, docinki, czy poseł homoseksualista czy transseksualista ma prawo być posłem oraz wprowadzenie urlopu tacierzyńskiego to bardzo świeże sprawy.

Nie zamierzam nikomu pisać, jaka jest właściwa odpowiedź na powyższe kwestie, nawet jeśli mam swoją opinię w tej sprawie.

Taka postawa to wyraz pewnego zrezygnowania i bycia w kropce. Po przejrzeniu różnych materiałów wydaje mi się, że właściwej odpowiedzi po prostu nie ma.

Co to znaczy, że coś jest dobre lub złe?

Ten cały spór o gender i o to, że „kiedyś facet to był facet” i „tak było od 2000 lat, a teraz zmieniają”, to część szerszego dryfu, takiego samego, jak obserwuje się np. przy religii, kiedy w jednej epoce religijność jest bardziej popularna, a w innej mniej. Średniowiecze – odrodzenie – barok – oświecenie to historia wzrastającej i opadającej religijności. Tak samo przy nacjonalizmie – są czasy walecznych nacjonalizmów i są też czasy otwarcia się. Tak samo przy każdej wielkiej idei.

To co uznawane jest za właściwe w tym samym czasie zależy także od miejsca i wychodzi przy zderzeniach kultur. Pierwszy zanotowany przykład takiego zdarzenia znajdujemy u Herodota, który opisuje króla starożytnej Persji Dariusza. Dariusz był zdania, że złożone rozumienie świata musi uwzględniać rozumienie różnic między narodami – miał ku temu wiele więcej okazji niż większość ludzi w jego czasach, kiedy na czele wojsk podróżował przez Azję do Europy. Zauważył, że w Indiach zwyczajem pogrzebowym jest zjadać zwłoki członków swojej rodziny, a zakopanie ich w ziemi byłoby zbezczeszczeniem – zupełnie odwrotnie niż w Grecji, gdzie umarłych zakopywano w ziemi z obolem w ustach. Jednego dnia postanowił nauczyć greckich ambasadorów czegoś nowego, pytając się, ile musiałby im zapłacić, aby zjedli zwłoki bliskich, na co zareagowali oburzeniem, odrazą i oczywiście odmową. Przyprowadził więc Hindusów – ci mieli takie same reakcje na pomysł umieszczenia ciał pod ziemią i sowite wynagrodzenie nie skłoniło ich do tego, aby nagięli swoje duchowe standardy.

Herodot tak to komentuje, wprawdzie zbytnio generalizując jak na dzisiejsze czasy, ale dobrze zauważając istotę problemu oraz typowy sposób funkcjonowania:

Jeśli ktokolwiek, nie ważne kto, otrzymałby okazję do wyboru ze wszystkich narodów świata takiego zbiór wierzeń, który uznałby za najlepszy, nieuniknienie wybrałby – po uważnym rozważeniu ich relatywnych zalet – te pochodzące z jego własnego kraju. Każdy bez wyjątku wierzy, że zwyczaje z własnego kraju i religię, w której go wychowano, są najlepsze, a w związku z tym tylko człowiek szalony mógłby z nich drwić. Istnieje pełno dowodów na to, że to powszechne u każdego uczucie wobec starożytnych tradycji własnego kraju.

Zastanów się chwilę sam czy sama – czy nie łatwiej przychodzi ci zaakceptowanie stanowiska starożytnych Greków niż Hindusów? Czy to dlatego, że grzebanie zmarłych rzeczywiście jest najlepszą z najlepszych opcji, czy temu, że tak zostałeś i zostałaś wychowany? Osobiście zamiast będąc pochowany w kamiennym nagrobku wolałbym, aby moje ciało złożono w jakimś publicznym grobie razem z innymi i zasadzono na nim las – to przepiękna metafora. Prawdopodobnie jednak nie jestem nawet świadom większości rzeczy, których mnie nauczono, przyjmując mimowolnie wiele rzeczy za pewnik, kiedy w rzeczywistości to tylko coś, czego uczono mnie od dziecka w miejscu, w którym akurat przyszło mi żyć.

Właśnie dlatego taka świadomość historyczna i kulturowa to dziwna sprawa w życiu, bo sprawia, że trudno właściwie z jakąkolwiek pewnością orzec, że coś jest dobre i złe w jakiś obiektywny sposób – zasady stają się relatywne do okoliczności, indywidualnej estetyki i jakiegoś nie w pełni świadomego „ducha czasu”, w którym jedne sposoby myślenia stają się popularniejsze od innych. Włączamy telewizję czy internet i widzimy człowieka, z którym się kompletnie nie zgadzamy, który wierzy w coś innego niż my tak samo mocno jak my. Jak tylko ktoś zda sobie sprawę z kulturowych i historycznych uwarunkowań, to ciężko już zapomnieć o tym, że wszystkie zasady są tworzone przez ludzi.

Jednocześnie kiedy się o tym pamięta, to wciąż trudno strząsnąć siebie poczucie, że z drugą stroną jest coś nie tak. Ma to swoje ciemne strony – wygląda na to, że walka między posiadaczami odmiennych idei nigdy nie będzie ukończona. Zawsze będzie ktoś, kto będzie twierdził, że jego indywidualna prawda jest prawdą. Jednakże w całym tym mętliku, po drugiej stronie tego relatywizmu, znajduję coś ważnego i cennego, co może się przydać w wartościowym, pełnym życiu.

Jeśli nic nie jest dobre lub złe samo z siebie…

…to co zostaje? Moim zdaniem wolność i różnorodność, w której można odnaleźć samego siebie. Jednym z głównych haseł egzystencjalizmu, ruchu filozoficznego popularnego w okolicach połowy poprzedniego wieku, jest że wielka wolność rodzi wielki lęk, ponieważ im mniej nas ogranicza, tym mniej jasne jest, co należy zrobić i tym mniej utarta ścieżka. Jeśli obejmie się ten lęk, to odkryje się wielki świat możliwości.

Wiele już osiągnęliśmy na tym polu. Kobieta nie musi już zajmować się udostępnianiem swojego ciała, rodzeniem dzieci i sprzątaniem (choć może, wielu mężczyzn chętnie pozna takie kobiety). Mężczyzna już nie jest maszynką do zarabiania pieniędzy i bankomatem (choć może być, wiele kobiet chętnie pozna takich mężczyzn). Idąc krok dalej odkrywamy, że nikt z nas nie musi być kimkolwiek – jeśli tylko jest się w stanie nieść też lęk bycia kimś innym oraz trudny czasem do uniknięcia ciężar ocen tych, którzy wiedzą najlepiej, jak być powinno i w którym kierunku powinien się kręcić świat. Nikt nie musi być „tolerancyjny”. Nikt nie musi być „nietolerancyjny”. Oba rodzaje „muszenia” to dwie twarze jednego fundamentalizmu. A niektóre zasady społeczne są przecież naprawdę głupie. Czytałem kiedyś wywiad ze starym bramkarzem, obronił karnego w latach 60. przez przypadek nogami. Nic takiego? Nie wtedy. W latach 60. w piłkarskich kręgach uznawano to za wyjątkowy brak smaku i ponoć lepiej już było wpuścić bramkę – coś nieprzyjemnego dla tych, którym zależy na dobrej opinii, a jednocześnie tworzonego zupełnie abstrakcyjnie przez jakąś grupę społeczną. Niepełnosprawna koleżanka opowiedziała mi, że w czasach młodości jej babci chowano niepełnosprawnych po domach, ponieważ uznawano ich za karę boską za grzechy w rodzinie, więc eksponowanie kulejącego dziecka obniżało pozycję społeczną rodziców o kilka oczek. Głupie? Kiedyś było brane przez wielu za obowiązujące i rozsądne. Ty masz może lepsze opinie? Mądrzejsze? Uznajesz coś dzisiaj za obowiązujące i rozsądne? Bardzo możliwe, że twoi wnukowie podrapią się po głowie, zastanawiając się, jak mogłeś lub mogłaś w to wierzyć.

Skorzystaj z tego

A może w twoim życiu już dziś jest coś, co jest tak samo abstrakcyjne, wymyślone i co możesz zrzucić z siebie? Coś o czym marzysz, ale obawiasz się oceny innych osób? Czy naprawdę musisz żyć wedle tych zasad, które respektują jedni czy drudzy, jeśli niszczy to twoje życie? Nie jest tak zawsze, ale prędzej czy później się trafia. Żyj wedle tego, co ty uważasz za słuszne.

A jeśli sam lub sama jesteś gotów czy gotowa żyć wedle takich a takich zasad, to czy chcesz to przyjąć temu, że społeczeństwo zastraszyło cię i nie pozostało ci wyboru (co jest iluzją – wybór jest zawsze), czy może temu, że jesteś gotów, gotowa wziąć na klatę konsekwencje i wybrać w zgodzie z sobą? Nawet najlepsze danie nie będzie tak smaczne, jeśli za niezjedzenie grozi strzał w głowę. Żyj będąc otwartym na trudne konsekwencje, ponieważ to pozwoli ci swobodnie wybierać.

Zatem czy chcesz zmienić kierunek studiów, które okazały się porażką, ale głos w twojej głowie mówi, że jeszcze tylko trzy lata, a rodzina oczekuje samych piątek oraz już ułożyła ci karierę? Włóż w to całe serce i walcz.

Może jesteś załamany lub załamana moralnością wokół i chcesz działać na rzecz swojego kościoła, ale boisz się krytycznej reakcji permisywnych znajomych, bo religia jest taka passe? A może jesteś homoseksualistą w małej miejscowości i zastanawiasz się, czy dla spokoju nie znaleźć sobie jednak partnerki? Włóż serce w całe swoje życie i walcz.

Chcesz wyjechać z kraju do Azji lub na zachód, ale inni mówią, że to się nie uda? Chcesz zostać i tworzyć lepszą Polskę, nawet jeśli wszędzie słyszysz, że trzeba uciekać? Chcesz rozwodu lub walczyć jak lew lub lwica o małżeństwo – w obliczu różnorodnej i pewnej siebie opinii rodziców, znajomych oraz autorytetów jedynych właściwych moralności? Cokolwiek robisz, włóż w to całe swoje serce i walcz.

Inna droga to egzystencjalny letarg, śmierć jeszcze za życia, to orka na czyimś ugorze, wiecznie zależna od czyjegoś widzimisię, kapryśnego i powierzchownego uznania. Inna droga to to, co opisał Rafał Wojaczek:

I
Kartka słabości twojej okrutnie i drwiąco pełna.
A ty się ciągle przymuszasz jakże uparcie pełzać
Poprzez tę nudną Saharę, aby dotrzeć do źródła,
Tak rozpaczliwie już oblizujesz spierzchnięte usta.
Oby ci w końcu wysechł atrament w twym kałamarzu.
Obyś bezwładnie w sypki piach liter uderzył twarzą!
Bo cóż za duma, miłość, nienawiść każe ci iść
Podług meandrów wysychającej już, słonej krwi?
W pocie się topisz na tej pustyni, by cię sól zżarła.
I w końcu łamiesz paznokieć pióra i tak to jest:
Skreślone słowa, skreślone życie, nie napisana
Śmierć.

II
Ta kartka jak chusteczka albo twój pokój: cztery
Ma rogi, byś haftował krwi swojej drobnym ściegiem
Lub wielkimi krokami imaginacji chodził
Od słowa do przysłowia, od przecinka do kropki.
Ale o co ci chodzi, że tak wciąż się uganiasz
I wciąż nie możesz dobiec do ostatniego zdania?
Co ty chcesz wyhaftować, że tak krwi nie oszczędzasz,
Na jaką różę ma ci wystarczyć owa przędza?
Spójrz, dobra noc się kończy, co twoją nędzę kryła,
Głosem pierwszego ptaka dzień z ciebie drwić zaczyna.
Więc zapomnij o kartce, śpij.
Wtedy ci śmierć napisze Nikt.

Odmienne narracje

Każdy ma swoją narrację, swoją własną historię. Truskawki mogą być sławione wszem i wobec na każdym kontynencie jako arcysmaczny owoc, ale tylko kładąc jedną na własnym języku dowiesz się, czy smakuje tobie. Tak samo nie ma jednej właściwej drogi przez życie, jednego schematu. Nawet jeśli ktoś szczerze chce pomóc, służy radą, to ostatecznie nie przeżyje niczego za ciebie.

Pamiętaj o tym korzystając z wolności, której nikt ci nigdy nie jest w stanie zabrać – oraz gdy inni korzystają z wolności, której ty nie jesteś w stanie odebrać nikomu.

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


2 odpowiedzi na “Odmienne narracje”

  1. Radek napisał(a):

    ‚Nikt nie musi być „tolerancyjny”. Nikt nie musi być „nietolerancyjny”. Oba rodzaje „muszenia” to dwie twarze jednego fundamentalizmu.’ – bardzo się z tym zgadzam.

    Co do „dobra” i „zła” i innych pozornych „przeciwieństw” (facet i kobieta, moralne i niemoralne) – pomieszczenie w sobie obu biegunów naraz, z pełną świadomością, że w nas jednocześnie istnieją i wytrzymanie bez ucieczki na skróty w którąkolwiek stronę to zadanie niełatwe, ale pozwalające wspiąć się o jedną perspektywę wyżej.

    Gdzieś kiedyś ktoś powiedział, że bez popełnienia „grzechu” (czyli czegoś wybitnie wbrew swoim przekonaniom co dobre, a co złe) nie można tak naprawdę dojrzeć i wydaje mi się, że miał rację (nawet, jeśli to był Hellinger).

    W sumie ciężko polemizować z tym, co napisałeś; podpiszę się tylko pod tym. :p

    • Kleszcz napisał(a):

      Dzięki. :) Właśnie kolejny artykuł będzie o Hellingerze, nawiązałem współpracę z jedną blogerką krytykującą biznes psychologiczny i od czasu do czasu na ZŻ będą jej oryginalne teksty. :)

      Hellinger ma dużo cytatów, widziałem ich trochę i wiele z nich jest dobrych. Nie wynika z tego jednocześnie, że jego „psychoterapia” jest dobrą odpowiedzią na to – o tym już świadczą badania, których oni nie prowadzą.

      A co do samego cytatu, to jasne – w ACT też jest coś, nazywa się pain-values, kiedy ktoś kontaktuje się z tym, na czym mu czy jej zależy przed oddalenie. Po drugiej stronie smutku jest coś, z czego powodu tak się smucimy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót