Życie to nie problem do rozwiązania

Przetłumaczył Radosław Cech

Gdybyście 30 lat temu akurat spacerowali wokół mojej uczelni, moglibyście zobaczyć faceta siedzącego na ławce, który, jak się mogło wydawać, ocierał swoją twarz w cieple wiosennego dnia, obserwując jednocześnie soczystą zieleń przyrody, możliwą do zobaczenia tylko w południowym słońcu. Ale zobaczylibyście coś zupełnie innego, gdybyście tylko mogli zajrzeć do wnętrza tego młodego człowieka.

W rzeczywistości nie wycierał swojej twarzy ot tak. To była tylko przykrywka, żeby mógł po kryjomu przytknąć palce do szyi i zmierzyć sobie tętno. Ku swemu przerażeniu stwierdził, że jego serce nadal biło ponad 160 razy na minutę – tętno, które spowodować mogłyby tylko intensywne ćwiczenia fizyczne, on jednak praktycznie nie ruszał się z miejsca od prawie pół godziny. I wcale nie patrzył na drzewa ani trawę. Zamiast tego zastanawiał się, w jaki sposób wstać, przejść te 500 metrów do klasy wypełnionej twarzami studentów i do tego jeszcze wydobyć z siebie jakiś głos.

To ja byłem tym młodym człowiekiem.

Prawie 30 lat temu zaczęły występować u mnie ataki paniki. Produktywnemu i odnoszącemu sukcesy młodemu naukowcowi wygłoszenie wykładu zaczęło nagle przychodzić z wielką trudnością, podobnie jak rozmowa przez telefon czy korzystanie z windy. Nawet siedzenie na parkowej ławce było wyzwaniem. Na zewnątrz wydawałem się spokojny, ale w środku czułem, że umieram. Dosłownie.

Wystarczyło kilka lat i moje ciało zawęziło się do obiektu ataków paniki, a moje myśli stały źródłem udręki. Niektóre z moich doświadczeń z tego trudnego okresu wydają mi się teraz tak bardzo odległe, że ciężko mi jest już wyobrazić sobie towarzyszący im sposób myślenia. Chciałbym jednak podzielić się jednym z tych doświadczeń, bo wiem, że dla wielu z Was będzie to zupełnie niedorzeczne.

Na przedzie samolotu stała stewardessa, tłumacząc jak należy zapinać pasy. Obserwowałem ją ze zdumieniem i niedowierzaniem, jak patrzy się na niewiarygodny wyczyn jakiegoś uzdolnionego atlety w czasie olimpiady. Pamiętam, że myślałem wtedy: „Jak można nie czuć przerażenia robiąc to, co ona?! Musi wypowiedzieć te wszystkie właściwe słowa, nie pomylić się przy tym i do tego zrobić to mając przed sobą samolot pełen ludzi!” Dziś to wspomnienie wydaje się bardzo dziwne, ale pamiętam, że wtedy nie widziałem w tym nic dziwnego. Tak daleko poniósł mnie mój własny umysł.

Wydaje mi się, że moim problemem był wtedy silny stan lękowy, brak pewności siebie i poczucia własnej wartości. Próbowałem podejść do tego w sposób logiczny, sensowny i skoncentrowany na treści. Wydawało mi się, że wiem co powinienem czuć, doznawać, o czym myśleć i pamiętać, a to, co się ze mną działo, było od tego bardzo dalekie. Różnica była wyraźna i trzeba było sobie z nią jakoś poradzić. Jak ktoś zagubiony na drodze do określonego celu analizowałem w myślach przebieg swojej wędrówki, z uwagą przyglądając się wszystkim zakrętom i mylnym punktom orientacyjnym. Patrzyłem swoim umysłem naprzód, rozwijając nieskończenie wiele możliwych dróg, którymi mógłbym dotrzeć do celu. Nie byłoby wtedy więcej rozbieżności i mój problem zostałby rozwiązany. Moje uczucia wróciłyby do normy. Moje myśli uspokoiłyby się. Byłbym znów sobą.

Niestety, myśląc w ten sposób zamieniłem swoje życie w problem, który należało rozwiązać – nie zaś w naturalny proces, którego się doświadcza. Zamiast znaleźć rozwiązanie, pozbawiłem się zupełnie siły, niemal czując jak moja energia życiowa ucieka ze mnie z każdą chwilą. W chwili, kiedy zacząłem myśleć w ten sposób, potwierdził się mój największy lęk: coś ze mną było nie tak. Musiałem więc to naprawić zanim ruszę dalej. Musiałem „zawiesić” życie do czasu, kiedy moje emocje, myśli i odczucia zostaną skorygowane. Coś było bardzo bardzo nie tak.

Byłem jak ktoś, kto biorąc udział w wyścigu na starcie odcina sobie nogi. Zostałem wciągnięty w mentalny wir panicznego lęku i agorafobii. Próbując złapać oddech szedłem na kolejne kompromisy, stosując coraz więcej uników. Emocjonalny potwór, z którym walczyłem odbierał mi moje życie – kawałek po kawałku, aż moja kariera, moja zdolność funkcjonowania i w końcu samo życie stanęło pod znakiem zapytania. Siedząc na parkowej ławce zastanawiałem się, czy jest z tego jakieś wyjście.

Myślę, że moja własna historia dobrze ilustruje częste błędy kultury popularnej oraz zawodów pomocowych (jak doradztwa, medycyny, psychologii czy edukacyjnych) w kontekście dostosowania się do współczesnej rzeczywistości. Współczesny postęp technologiczny jest owocem naszej umiejętności rozwiązywania problemów. Częściowym efektem tego jest nasz solidnie przekarmiony, logiczny, bazujący na dostrzeganiu różnic i rozwiązywaniu problemów umysł. Nasz umysł w wielu dziedzinach radzi sobie świetnie, ale kiedy zwrócimy go do własnego wnętrza, łatwo zamienia się w źródło cierpienia. Pomimo to z każdym krokiem naprzód w dziedzinie nauki czy technologii nasz różnicujący sposób myślenia staje się coraz silniejszy, a nasza umiejętność prawdziwego, świadomego bycia i nasza elastyczność stopniowo słabną. Mimo to nasza kultura hołduje koncepcji naprawiania, zmieniania i radzenia sobie z „negatywnymi” emocjami, zamiast doświadczać ich jako części życia. Traktujemy swoje własne życie jak problem do rozwiązania, jak gdyby można było powybierać z niego tylko te doświadczenia, które nam się podobają, a resztę odrzucić.

We współczesnym świecie nasze zmagania często nie są natury logicznej, lecz psychologicznej. Nasza kultura nie radzi sobie z nimi najlepiej. W miejsce różnicującego sposobu myślenia musimy rozwinąć nowoczesny, integrujący styl świadomości, który wydobędzie nas z zamknięcia naszego umysłu i osadzi w realnym życiu. Akceptacja, świadoma uważność i system wartości to kluczowe narzędzia dla takiej przemiany.

W moim poprzednim artykule zadałem pytanie: „dlaczego akurat teraz?”. Prosta odpowiedź brzmi: „bo teraz ich potrzebujesz”.

Na swym blogu przyglądam się po kolei im wszystkim, a także naukowym dowodom na to… Ale chcę też zasadzić tę podróż na osobistym doświadczeniu. Nie dlatego, że jest to definitywnie studium własnego, pojedynczego przypadku ani dlatego, że moja osobista prawda musi być prawdą dla każdego. Nauka jest znacznie lepszym filtrem dla obiektywnej „prawdy” w takim ujęciu. Chodzi raczej o to, że kontakt z tą osobistą płaszczyzną zapewnia twardy grunt. Dla mnie – kiedy piszę, ale również dla Was, kiedy będziecie to czytać i reagować na to, co czytacie.

Przeczytałem dziś wpis na blogu Marthy Beck (felietonistki The O Magazine), który odnosił się do tego, co sam próbuję powiedzieć. Napisała, że jako kultura podróżujemy w kierunku innego rodzaju świadomości i że ludzie powinni przyjąć aktywną postawę i odnieść się jakoś do tych spraw. Była świadoma ryzyka, jakie to ze sobą niesie, mianowicie pojawienia się jeszcze większej ilości samozwańczych wszystkowiedzących, narzucających swoje reguły innym. Podobał mi się jej wniosek: kiedy tracimy uczciwość wynikającą z dzielenia się naszą osobistą prawdą, zatracamy znaczenie tego, o czym mówimy. Ludzie to czują. Jest to nieuchronne samoograniczenie.

Zacząłem tutaj od osobistej historii z następującego powodu: nasza współdzielona świadomość jest zawsze bardzo osobista. Możecie sami sprawdzić, czy coś brzmi prawdziwie używając tego samego filtra – nie na „umysłowym”, oceniającym poziomie, ale na głębszym. Mogliście nie doświadczyć ataku paniki, ale jestem pewien, że wiecie coś na temat bólu, o którym piszę. Mogliście nie patrzeć z podziwem na stewardessę, ale wiem, że sami wiecie w jakiś sposób sami ograniczaliście własne pole widzenia. Wszyscy żyjemy na tym samym świecie – prawda? Żyjemy w świecie, który nasze własne życie zamienia w problem do rozwiązania, a jak tylko to się wydarzy, to dokładnie w tym samym momencie życie odczłowiecza się i uprzedmiotawia, odcinając nas od kochania i brania w tym wszystkim udziału jako pełna istota ludzka.

Ból wynikający z uprzedmiotowienia się to tygiel, w którym tworzy się nowa świadomość. Jeśli go nie znasz, ten blog do ciebie nie przemówi. Jeśli znasz – pozostańmy obaj nadal uważni.

Z życzeniami pokoju, miłości i pełnego życia.

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót