Co robić, kiedy kogoś rozzłościliśmy?

Przetłumaczył Radosław Cech

Byłem spóźniony. Moja żona Elżbieta i ja umówiliśmy się na kolację w restauracji o siódmej, a było już pół do ósmej. Miałem dobrą wymówkę w postaci przedłużającego się spotkania z klientem i nie traciłem więcej czasu pędząc na kolację tak szybko, jak się dało.

Kiedy dotarłem do restauracji, przeprosiłem żonę i powiedziałem, że nie chciałem się spóźnić.

Odpowiedziała mi: „Ty zawsze nie chcesz się spóźnić'”. Aha. Była wściekła.

„Przykro mi”, odparłem, „ale nie dało się tego uniknąć”. Opowiedziałem jej o spotkaniu z klientem. Jednak moje wyjaśnienia nie tylko nie załagodziły sytuacji, ale jeszcze ją pogorszyły. Zaczynało mnie to złościć.

To nie była nasza najlepsza wspólna kolacja.

Kilka tygodni później, kiedy opowiadałem o tym znajomemu, profesorowi na kierunku terapii rodzinnej, uśmiechnął się.

„Popełniłeś klasyczny błąd”, powiedział.

„Ja? Ja popełniłem błąd?” niepewnie próbowałem żartować.

„Tak. I właśnie popełniłeś go znowu” odpowiedział. „Trzymasz się kurczowo własnego punktu widzenia: nie chciałeś się spóźnić. Ale nie o to chodzi. Chodzi o fakt, że się spóźniłeś. Chodzi o to – i jest to ważne dla waszej komunikacji – jak twoje spóźnienie wpłynęło na Elę”.

Innymi słowy: ja skupiłem się na własnych intencjach, a ona skupiona była na konsekwencjach. Prowadziliśmy dwie odrębne rozmowy. W rezultacie oboje czuliśmy się niewysłuchani, niezrozumiani i rozzłoszczeni.

Im więcej myślałem o tym, co powiedział mi kolega, tym bardziej dostrzegałem, w jak dużym stopniu ten konflikt – intencji z konsekwencjami – leży u podstaw wielu międzyludzkich zgrzytów.

Jak się okazuje, nie jest ważna myśl, czy nawet samo działanie, ponieważ druga osoba nie doświadcza naszych myśli ani działań. Doświadcza za to konsekwencji tych działań.

Inny przykład: wysyłasz mail do kolegi pisząc, że uważasz, że mógł się bardziej udzielać w trakcie zebrania.

Przychodzi odpowiedź: „Może gdybyś ty mówił mniej, to miałbym szansę powiedzieć coś więcej!”

Taka odpowiedź oczywiście cię zabolała. Wysyłasz jednak kolejny mail, próbując wyjaśnić, o co ci chodziło: „Nie chciałem cię obrazić, chciałem być pomocny.” I dodajesz pewnie coś o swojej konsternacji w związku z agresją w jego odpowiedzi.

Ale to nie poprawia sytuacji. On cytuje twoje własne słowa. „Nie widzisz, co tam napisałeś?” pyta. „ALE NIE TO MIAŁEM NA MYŚLI!” odpisujesz wielkimi literami.

Jak więc wydostać się z tej spirali?

Tak naprawdę to niespodziewanie proste. Kiedy zrobisz coś, co rozzłości kogoś – nieważne, kto ma rację – zawsze rozpoczynaj rozmowę od przyjęcia do wiadomości w jaki sposób twoje zachowanie wpłynęło na tę osobę. Dyskusję o swoich intencjach pozostaw na później. O wiele później, może nawet na nigdy. Dlatego, że w ostatecznym rozrachunku twoje intencje nie miały większego znaczenia.

A co, jeśli uważasz, że ta osoba nie ma racji – ani uzasadnienia – żeby czuć się tak, jak się poczuła? To też bez znaczenia. Bo nie chodzi tu o ustalenie racji, ale o zrozumienie.

Co powinienem był powiedzieć Eli?

„Widzę, że jesteś zła. Siedziałaś tu przez 30 minut i to musiało być frustrujące. I nie jest to pierwszy raz. Rozumiem też, że może się wydawać, że uważam swojego klienta za wystarczające usprawiedliwienie dla swojego spóźnienia. Przepraszam, że musiałaś tu siedzieć czekając tak długo.”

To wszystko jest prawdą. Twoje zadanie to przyjąć do wiadomości ich rzeczywistość – co jest bardzo istotne dla utrzymania waszego związku. Znajomy terapeuta tak mi to opisał: „Kiedy czyjaś rzeczywistość – tak, jak jest przez tę osobę postrzegana – zostaje zanegowana, jaką motywację ma ta osoba do pozostawania w związku?”

W wymianie maili, o której pisałem wcześniej, zamiast wyjaśniać o co ci chodziło, lepiej było napisać coś w stylu „Widzę teraz jak moja krytyka twojego zachowania – zwłaszcza w mailu – musiała być dla ciebie nieprzyjemna. Jak krytycznie i lekceważąco wyszło to w stosunku do twoich starań w czasie zebrania”.

Napisałem, że jest to proste, ale nie pisałem, że będzie to łatwe.

Najtrudniejsza część to nasz emocjonalny opór. Jesteśmy tak bardzo skupieni na własnych trudnościach, że często ciężko nam przyjąć do wiadomości trudności innych. Zwłaszcza, kiedy to my stwarzamy im te trudności, a oni nam. Kiedy naskakują na nas w złości, kiedy czujemy się niezrozumiani. W takiej chwili próbując wczuć się w ich położenie i przyjąć krytykę naszego własnego zachowania czujemy się prawie tak, jak byśmy zdradzali sami siebie.

Ale to złudzenie. My tylko okazujemy empatię.

Oto sztuczka, jak sobie to ułatwić: kiedy ktoś zaczyna się na ciebie złościć, wyobraź sobie, że złości się na kogoś innego i wtedy zareaguj tak, jak zareagowałbyś w podobnej sytuacji. Prawdopodobnie wysłuchałbyś tej osoby i powiedział, że widzisz, jak bardzo ich to rozzłościło.

A jeśli nigdy nie uda ci się wyjaśnić swoich intencji? Co odkryłem sam – i co mnie zaskoczyło – to fakt, że kiedy wyrażałem zrozumienie konsekwencji swojego zachowania, moja potrzeba usprawiedliwiania się znikała.

Dzieje się tak, ponieważ powodem, dla którego chcę wyjaśnić swoje intencje, jest naprawienie relacji. Ale przecież udaje mi się osiągnąć to poprzez empatię i w tym momencie zwykle oboje uznajemy, że jest po sprawie.

A jeśli dalej czujesz potrzebę wyjaśniania? Nadal będziesz mieć do tego okazję, kiedy ta druga osoba poczuje się już dostrzeżona, wysłuchana i zrozumiana.

Jeśli uda nam się poradzić sobie z tym wszystkim, to często odczujemy, że wraz z polepszeniem naszej relacji polepszy się coś jeszcze – nasze zachowanie.

Po tej ostatniej rozmowie z żoną – kiedy naprawdę zrozumiałem jakie poniosła konsekwencje mojego spóźnienia – w jakiś sposób udaje mi się o wiele częściej być na czas.

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót