Akceptacja, troska i prawdziwe wartości – dlaczego teraz?

Przetłumaczyła Patrycja Kwiatkowska

Zainteresowanie sprawą akceptacji, troski i prawdziwych wartości wprost eksplodowało w ostatnich latach. Możemy to zauważyć dzięki rosnącej popularności prac autorów takich jak Eckhart Tolle, coraz częstszym ukazywaniu postaci Dalajlamy w mediach, czy też rosnącym wpływie Ricka Warrena. Proponuje się nam nawiązanie zdrowszego kontaktu z rzeczywistością – bycie mniej do niej przywiązanym, w nią wplątanym, czy jej unikającym, a w zamian bardziej skupionym na celowości i znaczeniu. Te zmiany rodzą w nas pytanie: dlaczego teraz? Żadna z poruszanych tu kwestii i sposobów na podejście do nich nie jest nowa. Od dziesięcioleci przewijają się przez naszą historię, okresami stając się bardziej widoczne (kojarzycie Maharishi?). Skąd więc ten ich nagły powrót popularności?

Niektóre odpowiedzi wydają się być trywialne – taki przykład: dzieci późnych lat ’60 i wczesnych ’70 stoją teraz u władzy. Może jesteśmy właśnie świadkami kulturowego echa ubiegłych lat. Mówiąc wprost: rządzą nami hipisi. Teraz to już podstarzali ludzie, którzy w młodości spędzili więcej czasu niż powinni szlajając się po Golden Gate Park w San Francisco [według wielu jest to miejsce rozpoczęcia się ruchu hipisowskiego – przyp. tłum.], w stanie nieco odbiegającym od pełnej przytomności, ale po cichu myślę sobie, że jest w tym zdaniu więcej prawdy niż chcielibyśmy przyznać. To oczywiście nie tłumaczy wszystkiego. Duże zainteresowanie wymienioną kwestią cechuje także tych ludzi, którzy nie dojrzeliby hipisowskich wzgórz z poziomu swoich wymuskanych butów do gry w tenisa.

Niektóre odpowiedzi mogłyby okazać się bardziej konkretne. Nauka na przykład stara się pokazać nam, że tytułowy temat ma mocne wsparcie ze strony rosnącej ilości obiektywnych dowodów.

Myślę jednak, że najgłębszy sens leży znacznie dalej. Zmiany te to więcej niż tylko to, co wyjaśnia nam nauka i efekt pewnego powtarzającego się trendu. Podejrzewam, że dzieje się tak, ponieważ każdy normalny człowiek potrzebuje w tym momencie „tego czegoś”, ba, pragnie, a wspominana akceptacja, troska i prawdziwe wartości mogą mu tę potrzebę zaspokoić.

Ludzki umysł nie wyewoluował, by sprostać dzisiejszym realiom. Jeśli spróbowalibyśmy policzyć słowa, które mogło przyswoić przeciętne rozwijające się dziecko 200 lat temu, to nie byłaby to wielka liczba. Rozmowy z rodziną i przyjaciółmi nie wpływały znacząco na rozbudowywanie słownictwa, a książki były rarytasem dla wybranych. Jakakolwiek liczba by nam nie wyszła, w dzisiejszych czasach dzieci mają szansę poznać jej wielokrotność poprzez samo oglądanie telewizji. Dzięki obecności wzrastającej różnorodności środków komunikowania się współczesne technologie wybudowały autostradę dla słów – radio, odtwarzacze mp3, telefony komórkowe, filmy i komputery, nie wspominając o magazynach i książkach, zalewają nas niekończącym się strumieniem obrazów i dźwięków.

Możemy rozbudować tę kakofonię doznań poprzez połączenie kilku źródeł naraz. Nie ma nic niezwykłego w czytaniu magazynu podczas oglądania telewizji, czy słuchaniu radia podczas pracy na komputerze. Podczas pisania tego artykułu w tle przygrywa mi radio internetowe odtwarzane z mojego telefonu, a z drugiego pokoju dochodzi do mnie cichy pomruk porannego programu, który właśnie ogląda żona. Jednak i tak w wykonywaniu kilku rzeczy naraz moje dzieci biją mnie na głowę.

Cóż takiego jest wśród tej eksplozji słów i obrazów, którą na siebie ściągnęliśmy? Oczywiście wszystko, co tylko możemy sobie wyobrazić. Jeśli jednak trochę przystopujemy tę wizualną powódź i przyjrzymy się jej bliżej, to dostrzeżemy, że odwaga, miłość i pojednanie są przytłoczone przekazem pełnym bólu, tragedii, krytyki i osądów.

Jest takie stare powiedzenie redakcyjne: „if it bleeds it leads” – jest krew, jest czołówka. Cierpienie się sprzedaje. Przypadkowym porankiem miesiąc lub dwa temu postanowiłem przejrzeć aktualności, tylko po to by sprawdzić czy moje przeczucie się potwierdzi. Dowiedziałem się, że jakiś naukowiec popełnił samobójstwo, dwoje dzieci zostało porwanych, w Iraku wykryto przypadki cholery, pewien pasażer autobusu stracił głowę tylko dlatego, że wybrał sobie złe miejsce, bezdech senny jest groźniejszy dla życia niż podejrzewano, GM [General Motors Company, jeden z największych koncernów przemysłowych na świecie – przyp. tłum.] straciło 15 miliardów dolarów w 3 miesiące, a jakiś mężczyzna poćwiartował nastolatkę i wepchnął jej ciało do walizki.

Wszystko to zanim jeszcze zdążyła przestygnąć mi kawa.

Dowiaduję się podczas przeglądania gazety, skakania z kanału na kanał, zatrzymania się w warzywniaku i klikania ikonki przenoszącej mnie na stronę domową, że politycy nawzajem nazywają się kłamcami, a imigranci są na zmianę o coś obwiniani i bronieni. Telewizyjni sędziowie wygłaszają swe napuszone komentarze, eksperci z kablówkowych wiadomości obrzucają się mięsem, a magazyn ze stojaka tuż przy kasie zbyt dumnie prezentuje cellulit na dolnej części pleców pewnej gasnącej gwiazdki opery mydlanej.

Choć to wszystko jest produktem wspólnej nam wszystkim umiejętności do wyobrażania i tworzenia, ludzki umysł nie wyewoluował, by przetrwać w takim świecie. Jak kanapowe lenie zajadające kolejną paczkę czipsów, karmimy narząd znajdujący się pomiędzy naszymi uszami papką z bólu, tragedii, krytyki i osądów, które on z nad wyraz ogromną radością wpycha sobie do umysłowego gardła. Wciąż balansujemy na krawędzi psychicznego przeciążenia. Niezdolni usiedzieć z bólu, a zarazem niezdolni go uniknąć, gubimy się w hałasie codzienności. W naszym mentalnym poplątaniu tracimy kontakt z innymi, nie mogąc przedrzeć się przez gęsto utkaną sieć ludzkich osądów. W ich gwarze znika współczucie, poczucie więzi i wspólnoty oraz spokój umysłu.

10-dniowa terapia ciszą zaczyna wydawać się nie tylko atrakcyjna, ale wręcz niezbędna.

Umysł to organ rozwiązujący problemy, który pozwala nam stawiać czoło pewnym wydarzeniom w wyobraźni, zanim jeszcze wydarzą się w rzeczywistości. To niesamowita umiejętność! Przez ostatnie 10 tysięcy lat słaba, powolna, prawie bezbronna istota przejęła całą planetę – wszystko dzięki temu, że potrafiliśmy obawiać się ewentualnych porażek, przewidywać ich pojawianie się i podejmować kroki, by im zapobiegać.

Mechanizm sprawował się świetnie, kiedy jedynym czego mogliśmy się obawiać był głód, susza lub zwierzę z dużymi zębami. Właśnie tutaj nasz umysł udowodnił swą rzeczywistą wartość. Nawet do dnia dzisiejszego wiele – zapewne większość – z tych codziennych trudów ówczesnego człowieka pozostaje aktualnych.

Jednakże ten sam organ obraca się dziś przeciwko swojemu właścicielowi. Gdzie powinniśmy biegać, żeby nie dopadł nas bezgłowy pasażer autobusu? Gdzie mamy siadać, by nasz mózg nie podrzucił nam nagle obrazu poćwiartowanej nastolatki? Jaka czynność, tabletka czy butelka ukoi nasze umysły od tragicznych scen, których jesteśmy świadkami? I w końcu co uchroni nas przed nauką wydawania osądów, mimowolnie pobieraną z każdym obejrzanym wydaniem Wiadomości? Co powstrzyma nas przed odwróceniem się od samych siebie po spojrzeniu w lustro i ujrzeniu w nim osoby, która jest za gruba, za stara lub, o ironio, zbyt krytyczna i osądzająca?

Odrzućmy najpierw tę najbardziej oczywistą z odpowiedzi – wyrzućmy telewizory, wyłączmy telefony… Och, błagam! Jestem wystarczająco stary, by to pamiętać. Dokładnie to samo próbowało uzyskać wiele sióstr i braci z hipisowskich wzgórz. To może sloganowy powrót do natury? Wróć do prostszych czasów!

To się nie udało. Zyskaliśmy jedynie hipisów-konserwatystów i spluwy w dłoniach, „proszące” dziś obcych o opuszczenie terenu prywatnego.

Akceptacja, troska i prawdziwe wartości są obecnie bardzo ważne z prostej przyczyny. By prosperować w świecie, który sobie stworzyliśmy, musimy nauczyć się odnoszenia do naszego umysłu w inny sposób. Nie możemy się cofać. Musimy iść do przodu, ale inną drogą. Wiele z metod, które rzekomo skutkują, jest przestarzałych. Inne tworzymy my. Dzielę się tym właśnie tutaj. Jedno jest pewne: „teraz” jest potrzebą chwili.

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


2 odpowiedzi na “Akceptacja, troska i prawdziwe wartości – dlaczego teraz?”

  1. teresa napisał(a):

    prawdziwe wartości?? a przecież pisał pan o tym, że jeśli coś uważamy sobie za dobre, to jest dobre!! to gdzie tu kosekwencja? głosi pan relatywizm a tu nagle taka wpadka? – pozdrawia

  2. Bartosz Kleszcz napisał(a):

    Przy relatywizmie czyjeś wartości mogą być jego/jej własne, prawdziwe lub narzucone z zewnątrz, udawane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót