Pseudo-modernizm

Napisał Bartosz Kleszcz

Szukając artykułów do tłumaczenia na ZŻ trafiłem na świetną wtyczkę Readibility, której rolą jest zedrzeć ze strony internetowej wszelkie szaty, pozostawiając sam nagi tekst znany z książek. Po czasach zachłyśnięcia się technologią i jej fajerwerkami odkrywam, że paradoksalnie widzę postęp w ponownym powrocie do korzeni – jest coś, co się traci wraz z nadmiarem. Taka diagnoza nie jest szczególnie nowa, już T.S. Elliot pytał, co się podziało z wiedzą zawartą w informacji, treścią w wielości.

Dostrzegam przejawy tego na wielu polach – ostatnio trafiłem na dyskusję na temat tego, że zanika kultura słuchania płyt. Argument był mniej więcej taki, że poszatkowany świat mp3 i ogromna dostępność tego dobra dzięki YouTube i p2p sprawiły, że pojedynczy album, wcześniej kosztowna i nie zawsze dostępna rzecz, nie jest już tak celebrowany, a jego słuchanie staje się kolejną rzeczą, którą robimy jednocześnie wraz z przeglądaniem kilku stron na raz, jedzeniem i dyskusją ze znajomymi na Facebooku lub kłóceniem się na forach.

Nie oddaje to oczywiście całości zjawiska, ani nie opisuje każdej jednej osoby. Tak samo powiedzenie o truskawce, że jest czerwona, ani nie wyczerpuje gradientu jej rzeczywistych barw, ani nie wspomina o smaku czy powierzchni. Istnieją także truskawki zielone. Należy zatem traktować takie relacje bardziej jak wielki strumień różnych prądów, z których próbujemy sztucznie wyjąć jeden, aby poznać jakąś zasadę.

Wiele osób budzi się w roku 2013 czując się w jakiś sposób okradzionymi, widząc zmianę w stosunku do siebie sprzed lat i nie wiedząc dokładnie, z czego wynika taki stan rzeczy, reagując gniewem, smutkiem czy bezsilnym, płynącym wraz z prądem konformizmem, zatapiając się w codzienności takiej, jaka puka z drugiej strony okna, telewizora, ekranu kina czy monitora.

Odpowiedź wydaje się być łudząco prosta: jeśli przestałeś lub przestałaś celebrować muzykę, znajdź trochę czasu tylko dla siebie, ułóż się wygodnie i skup się tylko na tej jednej jedynej rzeczy. Odkryjesz wkrótce, że ta nuta smakuje wiele lepiej, jeśli jest jedynym daniem – lub odwrotnie, że ta muzyka nie ma zbyt dużo do zaoferowania i stworzy to przestrzeń do szukania czegoś nowego. Skupisz się na bezpośrednim doświadczeniu i będziesz o coś bogatszy lub bogatsza. I ok.

Jest w tym jednocześnie coś, co sprawia, że zaczynam się zastanawiać nad powierzchownością takich rozwiązań. Możesz wyznaczyć sobie czas w ciągu dnia, możesz robić z tego nawyk i po jakimś czasie wejdzie ci to w krew. W jakim stopniu jednak będzie to odpowiednik męczącego płynięcia pod prąd, zmagania się z jakąś niewidzialną przeciwnością i narzucania sobie czegoś, co nie jest naszą naturą? Realizacją jakiejś rozpaczliwej fantazji o powrocie do „dobrej przeszłości”? Albo formą odrzucenia siebie i sztucznego nałożenia sobie pewnych ram? Odpowiedź nie zawsze jest jasna.

Próbowałem kiedyś zostać wegetarianinem, udało się na parę dni, ale dopiero obejrzenie tego nagrania sprawiło, że zaszła we mnie głęboka zmiana, dzięki której potem było już prosto – czasem mam ochotę na mięso, nie jest to jednak nic nieokiełznanego, a kiedy patrzę na rolady, szynki, polędwice, salami czy kindziuki, to widzę oczyma wyobraźni drogę zwierząt przez mękę. Nie znaczy to, że każdemu polecam wegetarianizm – każdemu polecam wsłuchanie się w siebie i działanie zgodnie z tym. Gdyby ktoś narzucił na mnie wege, zanim samemu chciałem przestać jeść mięso, to to, co obecnie jest dla mnie przyjemne, byłoby pasmem udręk. Dzięki różnicy pomiędzy wcześniejszymi próbami osiągnięcia zmiany (narzucenie czegoś na siebie) a tą obecną (emocjonalna przemiana, wsłuchanie się w siebie i działanie w zgodzie z tym) zrozumiałem buddyjskie powiedzenie, że prawdziwy mistrz działa naturalnie i bez oporów. Kiedy znów czuję ten opór przy innych okazjach, to pojawia się pytanie „Gdzie działam wbrew sobie?”.

Pseudo-modernizm

Korzystając więc z minimalistycznego wyglądu internetu osiągniętego dzięki Readibility wziąłem się za sprawdzenie, czy uda mi się zrobić dzięki temu coś, czego nie robiłem wcześniej. Aby przetestować wtyczkę w praniu, odwiedziłem stronę miesięcznika Philosophy Now, czytając coś trudnego, gdzie łatwo się rozproszyć. Przyciągnął mnie tekst na temat filozoficznego namysłu nad współczesnością. Na studiach zawsze uczyłem się o historii filozofii docierając najbliżej do lat 50. XX w. i nawet kiedy było to ekstremalnie ciekawie i stymulujące, to jednak dało się zauważyć pewien stopień oderwania od życia, który ostatecznie zmotywował mnie do tego, aby zmienić kierunek. W tekście autor zastanawia się, jak określić współczesną epokę (nadaje jej nazwę „pseudo-modernizmu”, jako kontrast dla dominującego wcześniej postmodernizmu) i jej dominujące prądy, docierając do takich wniosków:

(…) pseudo-modernizm kładzie nam u stóp fantastycznie złożoną technologię, aby realizować cele średniowiecznego barbaryzmu – w rodzaju wrzucania do sieci filmów ze ścinania głów lub korzystania z telefonów komórkowych, aby nagrywać więzienne tortury. Poza tym aspektem, przeznaczeniem każdego staje się cierpieć na lęk związany z dostaniem odłamkiem z tej strzelaniny pomiędzy wyższymi siłami. Ale ten fatalistyczny lęk rozszerza się daleko poza geopolitykę, wchodzi w każdy aspekt współczesnego życia, od ogólnego lęku przed załamaniem społecznym i utratą tożsamości, do głęboko zakorzenionego niepokoju na temat diety i zdrowia, od gorzkich żali nad niszczycielską siłą zmian klimatycznych, do efektów nowego rodzaju nieporadności i bezsilności, na której plon zbierają programy telewizyjne na temat tego, jak sprzątać mieszkanie, wychowywać dzieci lub utrzymać płynność finansową. To stechnologizowane zagubienie jest totalnie współczesne: pseudo-modernista komunikuje się stale z drugą stroną globu, ale ciągle trzeba mu mówić, aby jeść warzywa, aby być zdrowym – fakt oczywisty jeszcze w epoce brązu. Pseudo-modernista może kierować tokiem programów wyświetlanych w ogólnokrajowej telewizji, ale nie wie, jak zrobić sobie coś do jedzenia – charakterystyczna fuzja dziecięcości i zaawansowania, potęgi i bezradności. (..)

Pseudo-modernistyczny świat, tak przerażający i widocznie poza kontrolą, nieuniknienie karmi się pragnieniem powrotu do infantylnej zabawy zabawkami, co także jest charakterystyczną cechą świata pseudo-modernistycznej kultury. Typowym stanem emocjonalnym tutaj, radykalnie zastępującym hiper-świadomość modernizmu, jest trans – stan bycia pochłoniętym przez własną działalność. W miejsce nerwicy modernizmu i postmodernistycznego narcyzmu, pseudo-modernizm zabiera świat z dala od nas, tworząc nowe, lekkie nigdzie cichego autyzmu. Klikasz, wciskasz klawisze, jesteś „włączony”, pochłonięty, podejmujący decyzję. Jesteś treścią, nie ma nikogo innego, żadnego „autora”. Nie ma żadnego innego ”gdzieś”, innego czasu i miejsca. Jesteś wolny: jesteś treścią: treść zostaje zastąpiona.

Wow.

Po prostu wow. Kiedy to piszę, to jestem uważny na głos w głowie, który mówi mi, że być może nie powinienem się tak ekscytować, ale wszelki lęk przed odrzuceniem niknie w obliczu zdziwionego zachwytu nad trafnością takiej diagnozy i czuję się teraz jak bohater „Wilka stepowego”, który przypadkiem na ulicy znalazł artykuł na temat własnego życia wewnętrznego.

Trans na własnym podwórku

Trans stron internetowych jak Facebook, Kwejk, Wykop oraz otępienie oczekiwania na nowość, która z tego otępienia ma na chwilę wyrwać, angażując uwagę, ale nie serce. Kilkanaście razy dziennie aktualizowane strony i wiadomości na tematy, na które nie mamy wpływu, ale które mogą nas dotkąć i dotykają niebezpośrednio – przez cień lęku, który zabieramy ze sobą. Uczestniczymy w przelotnej kulturze memów, obrazków, kupowania sprzętu z coraz wyższym numerkiem. Łączę się z całym światem, a wciąż nie wiem do końca, jak żyć, szukając… czegoś. Oto świat pseudo-modernizmu.

Nie wiem, jak żyć, ale mam czym się bawić. ~ Bad Religion

Zastanawiam się w kontekście strony, którą właśnie czytasz, jak Zacznij Żyć lokuje się jako produkt swojej epoki, w której było nie było zdarza nam się uczyć ludzi samych podstaw egzystencji – choćby odżywiania się – za pomocą ekstremalnie złożonej technologii. Tłumaczę tekst na temat tego, że lepiej jeść warzywa niż czipsy, a przy tym trochę się ruszać i wysyłam to w świat. Co straciliśmy po drodze wraz z „postępem”, skoro taka prostota musi być przedmiotem planów i zmagań? Na co wskazują te pobieżnie przesłuchane płyty?

Internet karmi się samym sobą, oferując jakieś wygodne „nigdzie”, gdzie możemy pooglądać koty i przeczytać o tym, co dobrze robić w życiu i jak żyją inni. Z tej perspektywy, chcąc się jakoś odnaleźć w tej diagnozie współczesności, przychodzi mi do głowy jedna książka Ludwiga Wittgensteina, której celem było doprowadzić do tego, że ostatecznie odrzucimy ją jak drabinę, po której już się wspięliśmy i nie potrzebujemy jej w dalszej podróży. Właśnie tak widzę rolę tego bloga – jeśli jest w nim coś wartościowego, to celem tego jest być ostatecznie odrzuconym, ponieważ teksty na nim zwracają nas z powrotem w kierunku życia, bezpośredniego doświadczenia, a z dala od wahania się między otępieniem a transem, od uczestnictwa w zbiorowej pustce aktualizowanej od czasu do czasu.

Jednocześnie, jeśli zechce się wyjść poza – jak zareaguje umysł nauczony transu i zasysania uwagi, kiedy nagle zerwie się „na zewnątrz”? Czy jak wegetarianin, który zmusi się najwyżej przez kilka dni? Czy będzie szukać transu na zewnątrz, a następnie, kiedy pierwsze pobudzenie minie, znów wróci stare? Stąd wychodzi fundamentalna lekcja, która nasuwa mi się w czasach transu i otępienia:

Nie rób niczego

Trans zabiera ten drobny punkt, w którym podejmujemy decyzję, jest jak rzeka, która nas porywa. Możesz więc spróbować wyjść poza to na jakiś czas. Uważnie, rozmyślnie: nie rób nic. Nie chodzi o obijanie się czy uciekanie od wykonania rzeczy, które wiszą nad nami i zatruwają nam spokój. Sprowadź do tego nicnierobienia jakość wyjścia poza, jakikolwiek ma to dla ciebie sens. Nie rób niczego jako zrelaksowany protest wobec zasysającej pustki pseudożycia. Obserwuj oddech… lub nie. Wyłącz komputer… ale nie musisz. Nie ma niczego, co powinieneś lub powinnaś robić. Jeśli masz ochotę, to delektuj się ciszą, brakiem, herbatą, jabłkiem, bekonem, widokiem deszczu, chmury, ściany, partnera, partnerki, dźwiękami z głośników czy dzieci z drugiego pokoju – cokolwiek, co będzie dla ciebie autentyczne, rozsądne, niewymuszone, życzliwe i będzie mieć tę jakość wyjścia poza. Lub nie, jeśli tego chcesz. Chodzi o ten ulotny moment podjęcia decyzji i ćwicz się w tym na tyle, na ile będzie to naturalnie z ciebie wypływać. Ten cichy protest może być punktem wyjścia do tego, na czym ci zależy. Zatrzymaj się, aby samodzielnie ruszyć we własnym kierunku, zamiast płynąć z tendencjami epoki, kultury, ekonomii. Za jakiś czas znów wrócisz do starego trybu – kiedy to zauważysz, zatrzymaj się i wróć do tego momentu podjęcia decyzji.

Co jest po drugiej stronie nie robienia niczego?

Bądź

Oglądałem ostatnio wykład Johna Kabata-Zinna, znanego w USA popularyzatora uważnego podejścia do życia, który rozpoczął od określenia kontinuum bycie-robienie. Jesteśmy rozliczani z robienia – ile wykonaliśmy, ile jest materialnych wyników naszej pracy. Jednocześnie współcześni filozofowie zwracają uwagę na zjawisko ekonomizacji etyki – to znaczy, że stopniowo coraz częściej działanie oceniane jest tylko z jednej perspektywy: czy przynosi zysk, czy da się przeliczyć je na pieniądz.

Dla mnie umiejętność bycia jest czymś poza tym, dokładnym przeciwieństwem nie-bycia transu. Jeśli ją opanujemy, może przynieść nam pieniężny zysk (prawdopodobnie będziemy lepiej funkcjonować), może przynieść coś innego (dzieje się wiele dziwnych rzeczy, kiedy pozwalamy sobie i światu być), ale nie do tego służy. Dla mnie oznacza to zdolność do świadomego przeżycia życia i patrzenia na nie z zaciekawieniem. Za taką zdolność nikt nie daje wypłaty, nikt nie klepie po ramieniu i nie drukuje dyplomu pod koniec życia. Jest to coś, co robimy wyłącznie dla siebie. I zdolność pozostania w tym stanie nie przychodzi sama.

Warsztaty bycia

W związku z powyższym, wychodząc z działalnością poza internet, uruchamiam w Sosnowcu (gdzie aktualnie mieszkam) Uważne Poniedziałki – serię darmowych, cotygodniowych warsztatów, na których będziemy ćwiczyć uważne bycie za pomocą różnych technik medytacyjnych. Jeśli masz ochotę, to więcej na ten temat można przeczytać tutaj. Zapraszam do uczestnictwa.

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


3 odpowiedzi na “Pseudo-modernizm”

  1. Radek napisał(a):

    Bardzo się cieszę, że co raz częściej pojawiają się takie inicjatywy jak ta. Może jest to sygnał, że budzi się w nas zdrowy instynkt (lub może coś większego niż tylko instynkt). Co do kwestii naszego zbiorowego odejścia od spraw oczywistych i tak bardzo podstawowych (jak na przykład sprawa zdrowego odżywiania się) myślę, że powodem jest nasza ograniczona uwaga. Nasz rozwijany przez tysiąclecia mózg nie miał szans przez ostatnie kilkadziesiąt lat dotrzymać kroku rozwojowi technicznemu (czy choćby społecznemu). Czyli upraszczając: jako gatunek możemy być „tu i teraz”, wiedząc przy okazji jak zdrowo jeść ALBO możemy wejść w cyfrowy trans i wtedy zostaje nam sobie zdrową dietę wygooglać. Na oba podejścia jakoś brakuje nam pojemności. Jako największą trudność przy powrocie do poszerzenia naszej świadomości i bycia „tu i teraz” widziałbym nasze przywiązanie do wszystkiego tego, co kreuje naszą pozorną tożsamość i ten lęk przed puszczeniem naszej pozornej kontroli, o którym zdaje się pisałeś. Z tego, co pamiętam, Jon Kabatt-Zinn proponował rozpoczęcie tej wędrówki od zadania pytania „Kim /czym jestem?”.

    • Kleszcz napisał(a):

      Nie spotkałem się z tym, co tutaj proponuje Jon, ale jak byłem na medytacji w ośrodku Kwan Um, to tam było zadawanie sobie pytania „Czym jestem?” przy wdechu, a przy wydechu „Nie wiem, nie wiem, nie wiem” – prawdopodobnie jako wyraz ograniczenia słów w stosunku do bogactwa życia, choć pewnie każdy wyciągnie swoją interpretację na swój użytek, a potem w obliczu tej interpretacji znów będzie mówić „nie wiem, nie wiem, nie wiem”. :)

      To prawda, że całe ciało nie miało czasu się dostosować i teraz, w czasie, kiedy dostępne jest mnóstwo węglowodanów na wyciągnięcie ręki, to szaleje z rozkoszy chcąc magazynować jak najwięcej. Z drugiej strony znów przekaz w kulturze jest taki, by być jak najchudszym, więc jesteśmy bombardowani także z tej strony.

      Podoba mi się to, co piszesz o pozornej tożsamości (ile jest z niej wykreowane np. przez korporacje?). Osobiście uważam tylko, że nie ma nic złego w wygooglaniu sobie zdrowej diety. Żyjemy w takich czasach, jakie są, a wielu osobom to się rzeczywiście przydaje. Jednocześnie cokolwiek się robi, to może mieć to tę skupioną, uważną jakość lub jakość transu, bezmyślnego wsysnięcia. Także zdrowa dieta może być przecież desperacka oraz nienawistna wobec samego siebie. Asia tłumaczyła tutaj coś na ten temat: http://zacznijzyc.net/a022/ Tak samo medytacja, może być nienawistna („Kiedy pozbędę się tych myśli o sobie?!”) lub uważna, pełna troski i „będąca”.

  2. Radek napisał(a):

    Również nie widzę nic złego w poszukiwaniu takich informacji przez Internet (bez tego nie moglibyśmy nawet prowadzić tego dialogu :) ), albo jeszcze inaczej – nie próbuję nawet tego oceniać w kategoriach dobrego i złego (bo wszelki taki osąd to jak dobrowolne założenie sobie klapek na mnóstwo aspektów, których nie bierzemy akurat pod uwagę). Na pewno jest to (Internet) narzędzie pożyteczne na drodze do samorozwoju – czy jest to dieta (oparta na akceptacji i trosce, jak w podanym przez Ciebie artykule), czy też wykład na temat medytacji. I jak każdym narzędziem i tym można sobie zrobić pewnie krzywdę, jeżeli stosuje się je nierozważnie. Pozdrawiam i życzę dużej frekwencji w poniedziałki :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót