Spojrzenie wstecz: październik 2012 – marzec 2013

Napisał Bartosz Kleszcz

Biegając sobie po bieżni i łapiąc się co parę minut na tym, że zamiast być uważnym znów wracam do swojej głowy i płynę wraz ze strumieniem świadomości, zacząłem liczyć miesiące od założenia Zacznij Żyć i z zaskoczeniem zauważyłem, że mija (pół)okrągłe pół roku od początku istnienia serwisu, który wziął swoją nazwę od książki Stevena C. Hayesa „Get out of your mind and into your life”, co można przetłumaczyć jako „Opuść swój umysł i zacznij żyć”. Jest to zatem świetna okazja do spojrzenia wstecz na to, co się działo przez ten czas i co ciekawego odkryłem. Przede wszystkim jestem bardzo wdzięczny Asi Dudek-Głąbickiej, Gosi Sobstyl i Gosi Plichcie za włączenie się do strony i dostarczenie świetnych tekstów.

Wszystko zaczęło się od tego, że w październiku 2012 minęło parę miesięcy odkąd zacząłem starać się bezskutecznie o pracę jako tłumacz książek do psychoterapii. Wydawnictwa nie były zainteresowane, wciąż jednak miałem ochotę tłumaczyć. Kilka lat temu dla zabawy przełożyłem parę wierszy Dylana Thomasa na polski i odkrycie było zachwycające – powolne mielenie zagranicznego tekstu sprawiło, że o wiele lepiej rozumiałem, o co w nim chodziło i jakie subtelności mógł przekazać autor. Moja fantazja była więc taka: dostaję pracę jako tłumacz książek do psychoterapii i dzięki temu a) mam jakiś finansowy punkt wyjścia do życia b) nawiązuję bliższy kontakt z dziełem i staję się lepszym psychologiem.

Na to, co się stało, istnieje fachowy termin reality slap, który nie tłumaczy się tak zgrabnie, ale chodzi o sytuację, kiedy my czegoś chcemy, a rzeczywistość daje nam z tej okazji z liścia w twarz. Przykład z książki to sytuacja, kiedy rodzina jest załamana niemożnością posiadania potomstwa, ale odkrywają sami lub przy czyjejś pomocy, że pod tym pragnieniem jest np. chęć opieki, dawania miłości, zewnętrzny wyraz czegoś wewnątrz. Postanawiają więc adoptować dziecko lub inaczej włączyć się w społeczeństwo, świadomi, że niemożność realizacji jednego celu nie oznacza, że nie mogą spełnić pragnienia czyniącego ten cel ważnym. To bardzo elastyczne podejście, podobne do odkrycia, że aby być szczupłym nie trzeba jeść tylko kapusty. Serwis powstał więc po części z takiej niezaspokojonej chęci do tłumaczenia.

Po części jednak jego powstanie wiąże się z czymś innym. Dlaczego ludzie zaczynają studia psychologiczne? Na pewno część realizuje swoje niezaspokojone pragnienie dostania się na weterynarię i zbawiania świata przez ratowanie małych słodkich piesków – w akcie rezygnacji uznają, że mogą ostatecznie zająć się też ludźmi. Wiele osób jednak przez długi czas cierpi z jakiegoś powodu. Każdy zna smak cierpienia, przeważnie bardzo dobrze; czasem tylko w rozmowach wyjdzie niby na marginesie, że ostatnio ktoś więcej pił lub nie mógł spać. Ten ciągnący się smutek, lęk czy inne trudne emocje naturalnie zwracają taką osobę w kierunku zadawania pytań i szukania odpowiedzi.

Tak było też i ze mną – w okolicy października byłem już bardzo zmęczony różnymi ciągnącymi się czasem od wielu lat problemami, które wiązały mi ręce i utrzymywały w jednym miejscu. Na zewnątrz często było ok, ale pod czaszką burza za burzą odbierały mi przyjemność i smak życia, prowadząc w kierunku frustracji i otępiających zajęć. Fantazja 2 brzmiała więc tak: jak tylko rozwiążę swoje problemy, życie będzie o wiele lepsze i czeka mnie już tylko słońce i radość. Co można więc zrobić z taką fantazją? Skoro tłumaczenie sprzyja intymnemu i solidnego kontaktowi z dziełem, a już od dłuższego czasu byłem pod wrażeniem Leo Babauty, autora Zen Habits, który niczym baron Münchhausen wyciągnął się za włosy z bagna, to odpowiedź była prosta jak 2+2 (ponoć nie zawsze równa się 4). Efekty okazały się zaskakujące.

Życie nie jest problemem do rozwiązania

W chęciach zmian tkwi zawsze taka pokusa, że jeszcze rozwiążę to lub to i już będzie dobrze. Już nie czekają mnie wstrząsy, już za rogiem czai się stałe i pewne rozwiązanie moich problemów. Jeszcze tylko lepsza praca, znaleźć partnerkę, opublikować coś, odfajkować to i to. Jest taki ironiczny wiersz Norwida „Święty pokój”:

1
Jeszcze tylko kilka ciężkich chmur
Nie-porozpychanych nozdrzem konia;
Jeszcze tylko kilka stromych gór,
A potem – już słońce i harmonia!…
– Jeszcze tylko z hełmu kilka piór
W wiatru odrzuconych próżnię;
Jeszcze tylko jeden pękły grot –
Błyskawica jedna – jeden grzmot –
     A potem – już nie!…

2
Tak samo i w życiu: czasów wir
Jezdnego na hipogryfie ima;
Gruby mu rozrywać każe kir,
Trumny przeskakiwać, których nié ma.
– Za czarnością trumien świata mir,
Wynagradzających słusznie;
I wciąż tylko jeden jeszcze trud –
Wysilenie jedno – jeden cud –
     A potem – już nie!…

Jeszcze tylko jedno rozwiązanie i już wtedy będzie ok. Tymczasem jest to ułuda, którą szepta nam nasza fantazja, nasz umysł. Przeciwności, trudności będą zawsze, to część życia. Nie chronią przed tym pieniądze (Marylin Monroe, Whitney Houston czy Michael Jackson umarli nieszczęśliwi), nie chroni przed tym zamknięcie się w skorupie (na krótką metę jest ulga, na dłuższą samotność i odcięcie), czy przywiązanie się do zewnętrznych oznak jakiejś stałości jak rodzina, praca, wygląd, posiadanie, zdrowie (wszystko to w każdym momencie może zniknąć i ty też). Dlatego o wiele ważniejszą umiejętnością jest patrzenie na życie nie jak matematyczne zadanie do rozwiązania, ale jak na zachód słońca – obserwując, doceniając, nie próbując rozwikłać, tolerując czy znosząc… bo ostatecznego rozwikłania nie ma. Zawsze będzie „coś”. W konkretnych pojedynczych sprawach – jak najbardziej – ale rozwiązać życie? Kiedy sobie o tym przypominam, robi mi się lżej i nie jest to zwykła ulga, a totalne nastawienie do świata.

Mam takie jedno ciepłe wspomnienie. Siedzę w Katowicach z koleżanką, mówi mi o trudnej decyzji życiowej, której jeszcze nie podjęła. I nie próbuję niczego zmienić, doradzić, podjąć decyzji za nią, tylko patrzę na jej rozwidlenie w życiu i trudny czas, który ją kształtuje, na odpowiedzialność za własne życie, której nikt nie weźmie, i na brak wiedzy o tym, co przyniesie każda z dróg – jak na zachodzące słońce. I coraz częściej patrzę w ten sposób i na swoje nieprzyjemne emocje, łapiąc się na pokusie szukania ostatecznych rozwiązań, zamiast działać w zgodzie z sobą i czuć to, co się wydarza.

Inni ludzie nie są problemem do rozwiązania

Nauczyłem się tego w bardzo ciężki sposób. Ostatnie miesiące 2012 minęły pod znakiem niespełnionej miłości, a droga ku temu wiodła przez frustrację i gniew zwrócony zarówno do wewnątrz i poza mnie. Zaskoczyło mnie to, jak wiele potrafi się we mnie zebrać i jak mogę przez to krzywdzić innych, ale przede wszystkim siebie. Właśnie przez takie doświadczenia Budda mówił, że gniew jest jak wzięcie rozżarzonego kamienia do nagiej ręki, aby rzucić nim w kogoś.

Jest w to wpisana jakaś myśl, że kiedy się frustruję z kimś, to właśnie drugi człowiek lub ktokolwiek jest kimś do rozwiązania. Odpowiednie zachowanie, odpowiednie działanie i viola! Świat jest twój, jeśli tylko wykonasz sekwencję ruchów. To coś okropnego, ale takie rzeczy mówi nam krytyczny umysł (jest w nim wiele biurokratycznych instancji i jedna z nich jest departamentem ds. rozwiązywania problemów) – bądź taki, to wtedy ktoś będzie taki, oczekuj, frustruj się, graj dalej. Kiedy gram w tę grę, nie czuję się sobą, nie czuję się pewnie jako ja – trzeba być takim a takim, aby osiągnąć ten wąski i smutny cel, a nie jakimś sobą. To jedna z czołowych rzeczy, których żałują ludzie na łożu śmierci – że nie mieli odwagi być sobą.

Czasem jest też w żądaniu, by ktoś się zmienił lub zmienił decyzję, pretensja, posądzenie o coś, a więc i domniemana wina. Kiedy wychodzę poza przypisywanie winy komuś za to, że jest, jaki jest, zauważam się, że nie przyszedł na świat po to, by mnie czy kogokolwiek zadowalać. Że ma własne życie, plany, preferencje, punkt widzenia. Smutek jest wciąż rozdzierającym smutkiem, odrzucenie wciąż boli – nie ma tu niczego, co chroni przed bezpośrednim bólem, ale jest tu coś, co sprawia, że człowiek przestaje się w tym bólu szamotać. Oba więc pozostaje dobrze przeżyć, spalić się w tym na tyle, na ile to konieczne, by z czystym sercem iść dalej. Inaczej coś pięknego przecież – szczera miłość – zmienia się w jej parodię, udrękę i żal do drugiej osoby, ja czuję się złamany, a przyszłe zaangażowanie się będzie próbą zadeptania starego uczucia, a nie otwarciem się na nowe. Czy naprawdę ewentualny partner ma służyć do łatania dziur po starym uczuciu?

“Kiedy coś robisz, powinieneś kompletnie w tym spłonąć, jak porządne ognisko, nie zostawiając po sobie ani śladu.” ~ Shunryu Suzuki-roshi

Kiedy przestaję obwiniać, to pojawia się od razu pytanie, co ja mogę zrobić w obliczu tego. Nie chodzi o to, aby zakrywać oczy czy coś udawać. Kiedy ktoś inny przestaje być problemem (a więc tą właśnie osobą, która musi się zmienić), pojawia się kwestia, jakie jest moje stanowisko w stosunku do tego i co robię z tym, co mam pod kontrolą – samym sobą, swoimi rękami i nogami. Zamiast siedzieć obrażonym – odpowiedzieć na sytuację adekwatnie do własnych wartości. Zawiść utrzymuje w miejscu, akceptacja uwalnia do tego, by samodzielnie podjąć decyzję o zostaniu, walce lub szukaniu swojego miejsca gdzie indziej.

Emocje mówią o czymś ważnym

Nie tak dawno miałem sporo nieprzyjemnych emocji, które zauważyłem głównie po tym, co robię – angażując się w absorbujące uwagę zajęcia, dzięki którym nie musiałem niczego przeżywać i dzięki którym nie musiałem wiele myśleć. A kiedy już wreszcie usiadłem z nimi i przestałem walczyć, to przyszło pytanie – czy jest w nich coś ważnego? Czy coś mi mówią o tym, co jest dla mnie istotne? Zwykle tak jest. Może być to chęć bliskości czy poczucie niewygody w pracy. Kiedy nie walczę, kisząc się z jakąś emocją czy myślą przez dłuższy czas (np. kiedy nie skupiam się na tym, by coś zapić, zapomnieć czy zainternetować, byle tylko nie czuć), to zaczyna z niej wyciekać wiedza, czasami w oczywisty sposób, a czasami przez krótkie przebłyski. Ją z kolei da się wykorzystać – to w końcu niewymuszona, autentyczna wiedza o nas samych. A z radosnymi przeżyciami działa to nawet lepiej i znacznie przyjemniej.

Zacznij żyć tu i teraz

Kiedy wcześniej znajomi sugerowali, bym sam zaczął coś pisać zamiast tylko tłumaczyć, to miałem wrażenie, że jeszcze nie czas, że dopiero się uczę – oto mój owoc nauki. To trzy najważniejsze rzeczy, jakich nauczyłem się prowadząc Zacznij Żyć przez pierwsze pół roku. Sporo z nich była tak zwaną „zmianą typu 2” – fundamentalną zmianą perspektywy, która nie przekłada się na proste „mam więcej radości”, a raczej uczy przeżyć to, co już jest. Odtąd pozostaje mi tylko być jak najczęściej uważnym, i starać zmienić się pojedynczy przebłysk na stały element oświetlenia.

Patrzę więc z ekscytacją na kolejne pół roku, zastanawiając się, co się stanie i co przyniesie ten czas, zauważając jednocześnie, jak gdzieś z tyłu głowy mój krytyczny umysł już namierza, porównuje i ocenia, szeptając „Lepiej działaj, działaj, działaj, bo co napiszesz w październiku 2013”, próbując zmienić otwartość w przymus, a cnotę w utrapienie.

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Google+Share on LinkedIn


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Terapia ACT | Trening ACT | Czym jest ACT

newsletter | fb | yt

Powrót